Grupa naTemat

Magia Białych Karpat

... czyli niezwykle wciągająca - na poły prawdziwa i fikcyjna – historia morawskich bogiń

Kateřina Tučková – „Boginie z Žitkovej”


Pierwsze zdanie: „Bardzo chce zajrzeć do środka.”

Znajdujące się na pograniczu morawsko-słowackim Kopanice Morawskie. Kilka wsi położonych na zboczach Białych Karpat, wśród nich tytułowa Žitkova. Region bardzo biedny, niemal odcięty od świata. Zamieszkiwany przez niewykształconych autochtonów, żyjących w ubóstwie i oddających się alkoholizmowi:

„Mali, sękaci ludzie, których nieurodzajna gleba Kopanic Morawskich nie była w stanie porządnie wykarmić, od najmłodszych lat rujnowali swoje zdrowie nie tylko ciężką pracą, lecz także mocną, domową gorzałką. Zachował się w nich niezłomny stosunek do wiary, nie potrafili przestrzegać jej podstaw. Poza swoim regionem byli znani jako awanturnicy i złodzieje.”

Poza swoim regionem znani byli jeszcze z jednego powodu – bogiń. Były to kobiety obdarzone wyjątkowym darem, „widzące” więcej niż zwykli śmiertelnicy. Parały się przepowiadaniem przyszłości, leczeniem ziołami, miłosną magią czy zaklinaniem pogody:

„Wyglądała, jakby tańczyła. Wydawało się, że na tyle zgrała się z wiatrem, by już nie walczyć o równowagę, kręciła biodrami, zataczając duże koła z rękoma zakleszczonymi w objęciach z prądem powietrza. Na początku każdego koła łączyła przed twarzą dłonie, jakby chwytała w nie wiatr, po czym gwałtownym ruchem odrzucała go z powrotem, w kierunku, z którego nadchodził. I rzeczywiście, wokół Surmeny trawa zaczęła falować w półkręgu naśladującym jej gest, było więc jasne, że wiatr koncentruje się wokół niej.”

Ale także rzucaniem uroków i śmiertelnie niebezpiecznych klątw:

„Okazało się, że boginie stanowiły melanż indywidualności, że były wśród nich też osoby niebezpieczne, nie mające oporów przed skrzywdzeniem kogoś, kogo w ogóle nie znały. (...) ich determinacja, by krzywdzić innych była przerażająca.”

Ich tajemną sztukę zwano bogowaniem gdyż zwracały się o te wszystkie rzeczy wprost do katolickiego Boga. I były w swym „fachu” niebywale skuteczne. A co najciekawsze istniały naprawdę. Ostatnia z Żitkovskich bogiń zmarła w 2001 roku.

Historia tych niezwykłych kobiet jest trzonem powieści młodej czeskiej pisarki Kateřiny Tučkovej, za którą to książkę zgarnęła wszystkie najważniejsze literackie nagrody u naszych południowych sąsiadów. I trzeba przyznać, że jak najbardziej zasłużenie. „Boginie z Žitkovej” to zaskakujące połączenie powieści historycznej prezentującej twarde fakty z porywającą fikcją, na które składa się magia, fantastyka, zjawiska nadprzyrodzone, ale również inne wątki: dobrze poprowadzony kryminalny, z zajmującym śledztwem, w którym jest napięcie i umiejętnie dozowane kolejne przełomy czy choćby ten miłosny dotyczący lesbijskiej fascynacji.
Odebrałem tę powieść również jako rzecz w pewnym stopniu rozliczającą czeską przeszłość, głównie komunistyczną (ale nie tylko, bo jest tu również trochę na temat niechlubnych poczynań Kościoła katolickiego) i związane z nią traumy. Boginie z Białych Karpat były bowiem prześladowane przez te dwa podmioty. Przez Kościół w mniejszym stopniu, ale przez komunistów, a konkretnie ich tajne służby, już na całego. Śledzono ich poczynania, szykanowano, zbierano na nie haki, inwigilowano, zamykano w szpitalach psychiatrycznych, z których już nie powracały – taki los spotkał właśnie ciotkę głównej bohaterki, Surmenę.



Jakby tego było mało, to również rzecz będąca czymś na kształt kroniki etnograficznej, bo główna bohaterka powieści, naznaczona tragicznym wydarzeniem z dzieciństwa – Dora Idesova (notabene należąca do ostatnich z rodu bogiń) to właśnie etnografka z uniwersytetu w Brnie, która bada ich fenomen od strony naukowej. Zajmuje się także np. tamtejszym folklorem – zwyczajami, obyczajami, wierzeniami, czy takimi tajemniczymi mitami jak choćby ten o białym wężyku, który mieszka ponoć w ścianach domostw. Gdy się ujawni oznacza to nieszczęście lub śmierć, a gdy biały wężyk zginie – klęskę czeka cały ród. Jest to zresztą istotny symbol tej książki.
To Dora właśnie poprowadzi śledztwo zaczynające się od XVII wieku i torturowania czarownic, poprzez zawieruchę II wojny światowej (boginiami żywo interesowała się specjalna jednostka podlegająca Himmlerowi, SS-Hexen-Sonderkommando – pewną ironią losu jest fakt, że jedynie opętani okultyzmem Niemcy byli boginią i ich „działalności” w miarę przychylni), po mroczne i brutalne czasy komunizmu, aż do lat prawie współczesnych.

Połączyć tak wiele motywów i wątków - a wymienione wyżej to jeszcze nie wszystkie jakie tu znajdziemy, jest przecież jeszcze morderstwo, kiełkująca latami zemsta, trudna i wymagająca opieka Dory nad upośledzonym bratem Jakubkiem cierpiącym na zespół Aperta czy wisząca nad całą tą historią klątwa – to naprawdę wielka sztuka. Tučková wykonała kawał znakomitej roboty. Wszystko tu idealnie współgra ze sobą. Fabuła niesamowicie wciąga. Narracja jest wartka i przy pomocy wspomnianych elementów doskonale skomponowana w jedną całość. Czyta się „Boginie z Žitkovej” nadzwyczaj lekko, choć wydźwięk powieści jest bardzo smutny, a miejscami nawet przejmujący.
To tylko i aż beletrystyka, ale napisana tak, że czapki z głów. Nie przeszkadzała mi wcale ta magia i fantastyka, mimo że w literaturze stawiam głównie na twarde stąpanie po ziemi. Nie mówiąc już o fakcie, iż jest to książka nad wyraz kobieca – faceci jeśli już, to trafiają się tu na drugich bądź trzecich planach i nie niosą ze sobą ani krztyny czegoś dobrego. Jeśli chodzi o typową literaturę środka, to chyba najlepsza rzecz jaką czytałem w tym roku.

Jeszcze dwa istotne „drobiazgi” na koniec - jak zwykle w przypadku Julii Różewicz, świetne tłumaczenie i do tego bardzo fajna, przyciągająca oko okładka.

Aktualnie czytam:

ZOBACZ TAKŻE:
Skomentuj