7 kryminałów na wakacje

… a wszystkie co najmniej dobre

Zgodnie ze świecką tradycją bloga, wraz z wakacjami muszą się tu pojawić kryminały! Tym razem sytuacja przedstawia się bardzo korzystnie, bo lekturę całej siódemki mam już za sobą i przyznaje, że poziom raczej wyrównany i jest co najmniej dobrze.

Oto szczęśliwa siódemka:



Martin Solares – „Czarne minuty”



Pierwsze zdanie: „Najpoważniejszy jak dotąd koszmar w życiu przyśnił mi się, kiedy jechałem autobusem szosą, wzdłuż której rosły sosny.”

To bezsprzecznie jeden z najlepszych kryminałów jakie czytałem ostatnimi czasy. Fabuła z szeroką perspektywą czasową dotyczy brutalnego zabójstwa pewnego młodego dziennikarza (lata dziewięćdziesiąte) oraz sprawy niejakiego Szakala, mordercy kilku dziewczynek w wieku szkolnym, która miała miejsce 20 lat wcześniej. Oprócz bardzo dobrego, literackiego stylu, galerii oryginalnych postaci, wciągającej zagadki kryminalnej i dobrze poprowadzonego śledztwa z niesztampowym i zaskakującym finałem, znajdziemy tu także kilka ciekawych wątków pobocznych – zarówno społecznych jak i politycznych. Przede wszystkim jest to mocna refleksja nad wszechobecnie panującą w Meksyku korupcją, która sięga wszystkich: od zwykłych obywateli, poprzez dziennikarzy i policjantów, po wysoko postawionych urzędników i polityków. Dwa dodatkowe atuty tej książki to: jej niesamowity klimat – mroczny, tajemniczy, duszny i niepokojący oraz pozbawiony jakiejkolwiek nadziei oraz fakt, że jest napisana kompletnie w innym stylu niż większość europejskich kryminałów. Ciekawym i oryginalnym. Warto spróbować.

Peter May – „Jezioro tajemnic”



Pierwsze zdanie: „Siedzi przy biurku, pobladły ze strachu i świadomości, że musi wykonać krok, którego nie da się cofnąć.”

Ostatnia część trylogii wyspy Lewis stanowi jej godne zamknięcie i sprawia, że całość oceniam bardzo wysoko. Co prawda hitem całego cyklu pozostanie tom 1 czyli „Czarny dom”, ale ten finałowy jest na pewno lepszy od „Człowieka z wyspy Lewis” (tom 2). May zgodnie z zasadą poprzednich części funduje nam kolejną podróż w przeszłość a więc obok tego współczesnego, dwa równolegle rozwijające i uzupełniające się wątki. I znów mamy wielowątkową historię pełną retrospekcji, która mota się i gubi tropy by znaleźć swe rozwiązanie w niezłym finale. Autor dokłada do tego jeszcze jeden, całkiem efektowny i niespodziewany suspens. Oczywiście nie ma co liczyć na jakąś dynamiczną akcję, bo nie o to tu chodzi. May stawia wątek kryminalny obok, albo nawet tuż za, warstwą obyczajowo-psychologiczną. Ważny dla całego cyklu jest również jego melancholijno-nostalgiczny klimat, który raczej nie sprzyja wartkiej narracji. Co nie zmienia faktu, że czyta się to wybornie. Co do samej treści to napiszę tylko, że główny bohater, Fin MacLeod, nie jest już policjantem a zagadka kryminalna, którą i tak będzie musiał rozwiązać, dotyczyć będzie pewnego popularnego kiedyś zespołu łączącego muzykę rockową z celtycką.

Nikodem Pałasz – „Sam na sam ze śmiercią”



Pierwsze zdanie: „Masz go zabić.”

„Sam na sam ze śmiercią” to druga część cyklu z głównym bohaterem, warszawskim policjantem, inspektorem Wolskim. Pierwszego tomu pt. „Brudna gra”, co prawda nie czytałem, ale nie przeszkadza to kompletnie w lekturze kontynuacji. U Pałasza fabuła powiązana jest ze środowiskiem sportowym – w „Brudnej grze” był to tenis, teraz mamy piłkę nożną i klub Grabex Zielonka, w którym zostaje brutalnie zamordowany czarnoskóry zawodnik Moloki Mooketsi. To jest główny wątek tej powieści sensacyjnej (z interesująco przedstawionymi patologiami polskiego futbolu), ale równie ważny jest ten, który początek ma w pierwszym tomie, a kontynuację znajdzie w następnych – Wolski usiłuje bowiem rozwiązać sprawę zabójstwa swojego ojca. Trzeba przyznać, że Pałasz pisze całkiem nieźle – czyta się go lekko, język jest przystępny, dialogi więcej niż dobre. Akcja dynamicznie i płynnie sunie do przodu, może nie ma w niej jakiś szczególnie spektakularnych zwrotów, ale potrafi zaciekawić (motyw z afrykańskimi morderstwami rytualnymi) i utrzymać napięcie, postaci drugoplanowe są interesujące i dobrze nakreślone. Mam tylko jedno, za to dość ważne ale – główny bohater. Wolski to postać mocno przerysowana. Zna się prawie na wszystkim (boks, muzyka, historia sztuki, literatura, filologia), wszystko (i wszystkich) załatwia sam bez większych problemów i wydaje się być nieśmiertelny. Normalnie taki James Bond znad Wisły. Pewnie wielu czytelnikom nie będzie przeszkadzał, ale ja go do końca nie kupuję.

Jorn Lier Horst –„Psy gończe”



Pierwsze zdanie: „Deszcz bębnił w szybę.”

Skoro Jo Nesbo ma akurat lekki „przestój”, bo raz, że jego najnowsza książka to raczej opowiadanie niż solidna powieść, a dwa – chodzą słuchy, że jest raczej słaba, proponuję skusić się na innego norweskiego autora, który ostatnio bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Jorn Lier Horst, bo o nim mowa, to były szef wydziału śledczego policji, który chwycił za pióro i m.in. stworzył cykl powieści kryminalnych, w których głównym bohaterem jest policjant William Wisting. W „Psach gończych” narracja biegnie dwutorowo, a składają się na nią dwa śledztwa. Jedno nieoficjalnie prowadzi sam bohater, a dotyczy ono sprawy porwania i morderstwa sprzed 17 lat. Drugim, już współczesnym, w którym chodzi o zabójstwo, zajmuje się jego córka Line - dziennikarka śledcza. Wisting działa nieoficjalnie ponieważ został zawieszony w swych obowiązkach za rzekome fabrykowanie dowodów w tym właśnie dawnym śledztwie. Jak można się domyśleć z czasem dwa dochodzenia ładnie się splotą. Autorowi udaje się coś niesamowitego, mianowicie przy raczej szczątkowej akcji (żeby nie napisać jej braku) buduje odczuwalne napięcie, które systematycznie rośnie aż do finału. Doceniam również fakt, iż niezwykle precyzyjnie ukazana została tu zwyczajna, żmudna praca policjantów - ich wątpliwości, nieporadność, klucznie czy niezawinione błędy, które popełniają. Sporo tu też psychologii na wysokim poziomie, a całość zanurzona jest w mrocznym klimacie. Atutem jest także przystępny język i zmyślna narracja sprawiająca, że od książki ciężko się oderwać. Świetna rzecz.

Mariusz Czubaj – „Piąty Beatles”



Pierwsze zdanie: „Kamień zgrzytnął raz, drugi, trzeci.”

Po rozpoczęciu „Martwym popołudniem” premierowego cyklu kryminalnego z nowym bohaterem niejakim Marcinem Hłaską, Czubaj powrócił znowu do dobrze znanego już profilera Rudolfa Heinza i napisał chyba najlepszą część tej serii. „Piąty Beatles” mógłby robić za wzór rasowego czarnego kryminału z wątkiem sensacyjnym. Jest tu wszystko czego w takim gatunku potrzeba: wielowątkowa, wciągająca intryga (znowu dwa różne śledztwa!), umiejętnie budowane napięcie, może niezbyt oryginalny, ale dobrze skonstruowany i przekonywujący główny bohater, świetnie zarysowane tło społeczno-obyczajowe, ciekawa rozgrywka psychologiczna, ironiczne poczucie humoru i całkiem udany finał. Dołożył bym do tego jeszcze od siebie dwa dodatkowe, duże plusy. Pierwszy za zmyślne wykorzystanie w fabule albumu grupy The Beatles pt. „Abbey Road” (poszczególne części powieści nawiązują tytułami do piosenek z tego krążka, ale to nie jedyne nawiązanie), i w ogóle ukłon w stronę starej, dobrej muzyki rockowej. Drugi zaś, za wprowadzenie do fabuły dwóch zabawnych policjantek o nieprzypadkowych nazwiskach: Nogaś i Rusinek czyli inteligentnego i subtelnego zakpienia z literacko-salonowych koterii. Reasumując, kawał dobrej roboty.

Różni autorzy – „Tel Awiw Noir” (antologia opowiadań)



Pierwsze zdanie: „To ja wymyśliłem jej imię.

Tę ciekawą i niesztampową amerykańską serię (w Polsce prezentuje ją wydawnictwo Claroscuro), przedstawiającą mroczne oblicza światowych metropolii, śledzę i czytam namiętnie od samego początku. Nadal twierdzę, że „Moskwa Noir” jest póki co w niej najlepsza (wyszła jeszcze „Barcelona Noir” i „Meksyk Noir”), ale „Tel Awiw” jest zbiorem zdecydowanie najbardziej oryginalnym, choć najmniej noir. Co jednak, w tym ostatnim przypadku w ogóle mi nie przeszkadza, bo jak wierni czytelnicy tego bloga (zakładam naiwnie, że tacy są) już wiedzą, uwielbiam opowiadania i jeśli one nie są noir, a są dobre, to mi w zupełności wystarczy żeby być happy. A większość z czternastu tekstów tu zawartych jest bardzo lub co najmniej dobrych. Z kolei wśród nich znajdziecie kilka naprawdę zaskakująco odjechanych. Moje ulubione opowiadanie to „Usuń historię przeglądania” autorstwa Gon Ben Ariego, który napisał je w taki sposób jakby był tamtejszym odpowiednikiem Quentina Tarantino (te cudne abstrakcyjne i porąbane dialogi) – rzecz dotyczy tajemniczego szantażysty, który pisze o sobie „Jestem internetem” i grozi, że udostępni filmiki, na których mężczyźni masturbują się przed komputerami. Albo kapitalna, króciutka „Śmierć w piżamie” – egzystencjalnie gęsta, wielowymiarowa i doskonale nawiązująca do tamtejszych realiów. Mógłbym tak jeszcze wymieniać i wymieniać. Udane opowiadania pod warunkiem, że nie nastawicie się za bardzo na noir.

David Gordon – „Serialista”



Pierwsze zdanie: „Pierwsze zdanie książki zawsze jest najważniejsze.”

Kolejny po antologii „Tel Awiw Noir” niesztampowy kryminał w tym zestawieniu. Na skrzydełku okładki „Serialisty” możemy przeczytać, że to „thriller, który mrozi krew w żyłach, a jednocześnie błyskotliwa, pełna czarnego humoru opowieść zakochanego w książkach nowojorskiego inteligenta.” I jak mrożenie krwi w żyłach jest tu raczej przesadą (napięcie pojawia się dopiero pod koniec książki) tak druga część zdania to stuprocentowa prawda. Główny bohater, Harry Bloch - niespełniony pisarz, redaktor porno (pseudonim Zaklinacz Zdzir), tworzący kiczowate opowieści o wampirach i szmirowate science-fiction – to depresyjny, życiowy nieudacznik, a przy okazji przezabawna postać. Facet wplątuje się w pewien układ z siedzącym w więzieniu seryjnym mordercą zwanym Fotografem Zabójcą – ma spisać jego wspomnienia w zamian za… napisanie pikantnych opowiadań o fankach tegoż. Tyle, że sprawy się trochę skomplikują a Bloch będzie w pewnym momencie głównym podejrzanym o dokonanie krwawych i brutalnych morderstw popełnianych na tychże fankach Fotografa Zabójcy. Kto więc zabija skoro ten ostatni siedzi w więzieniu? Zagadkę pisarzowi-ofermie, który np. w pewnym momencie przebiera się za swoją zmarłą matkę, pomoże rozwiązać striptizerka Dani (siostra jednej z ofiar) oraz jego nastoletnia menedżerka Claire (genialna postać!). I choć zbrodnie są jak z horroru, a fabuła ma od pewnego momentu klasyczny szyk kryminału, tak rzecz ta napisana jest z mocnym przymrużeniem oka. Gordon pisze trochę w stylu Chucka Palachniuka i podobnie jak u autora „Podziemnego kręgu” w powieści tej króluje specyficzny, ironiczny czarny humor, błyskotliwe dialogi i dziwaczne fragmenty. Poznajemy np. próbki „radosnej” twórczości Blocha czyli coś w stylu - zdziry i wampiry w kosmosie. Oryginalna, autentycznie zabawna książka.
Trwa ładowanie komentarzy...