Grupa naTemat

10 najlepszych książek 2015 r. (Polska)

Foto: mm
… czyli półmetek literackiego podsumowania roku

To był dobry rok dla rodzimej literatury. Może nie zachwycający, ale na pewno dużo lepszy niż ubiegły, który był zwyczajnie słaby. Tym razem nie było najmniejszego problemu, żeby skompilować mocną dychę. Były nawet co najmniej dwie pozycje, które „otarły się” o mój top – „Samotność” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego i „Chłopcy” Andrzeja Saramonowicza.

Przyznaję też, że kilku książek dobrze ocenianych przez krytyków i blogerów, nie zdążyłem jeszcze przeczytać. Myślę tu przede wszystkim o tych należących do szeroko pojętego nurtu wiejskiego, jak „Podkrzywdzie” Andrzeja Muszyńskiego czy „Skoruń” Macieja Płazy. Szkoda, ale jak doskonale wiadomo, wszystkiego przeczytać się nie da.

Jak zwykle zestawienie jest na wskroś subiektywne i znajdują się w nim, poza jednym wyjątkiem, książki, które miały swoje premiery w mijającym roku. Wspomnianym „rodzynkiem” jest „Pod słońce było” Filipa Zawady – które swą premierę miało 31 grudnia 2014 r.
A teraz już same konkrety - kolejność alfabetyczna:



Jakub Małecki – „Dygot” (SQN)



Hipnotyzująca i niebywale wciągająca minisaga Małeckiego opisuje losy dwóch rodzin na polskiej prowincji (od czasów przedwojennych poprzez PRL, aż po współczesność). Bardzo dobra literaturą środka ze specyficznym baśniowo-realistycznym (!) klimatem. Duże, pozytywne zaskoczenie.

Weronika Murek – „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina” (Czarne)



Od dawna nie czytałem w polskiej prozie nic, co było by tak zaskakujące, brawurowe, inteligentne, oryginalne, ciężkie i lekkie zarazem. Nie wspominając już o nieokiełznanej wyobraźni i umiejętności skondensowania historii. Kapitalne opowiadania i bezsprzecznie najlepszy debiut tego roku.

Łukasz Orbitowski – „Inna Dusza” (Od Deski Do Deski)



Może styl Orbitowskiego nie jest zbyt wyszukany, ale ta oparta na faktach historia pewnego morderstwa szybko łapie za twarz i nie puszcza do samego końca. Świetnie odmalowana Bydgoszcz lat 90-tych (w ogóle klimat tamtych czasów), dobrze skonstruowani bohaterowie, dramaturgia, groza, niezła głębia psychologiczna. Solidna robota.

Piotr Siemion – „Dziennik roku Węża” (Czarne)



Choć najgłośniej i najszerzej omawiane były w tym roku intymne zapiski Dehnela i Twardocha, najlepszy dziennik wydał akurat ktoś inny - powracający po latach milczenia Piotr Siemion. Autor nie tylko czujnie obserwuje rzeczywistość i interesująco się do niej odnosi, ale również mocno sam się odkrywa, pozwalając dowiedzieć się, co mu w duszy gra. A lekko mu nie jest. Wartościowe.

Juliusz Strachota – „Relaks Amerykański” (Korporacja Ha!art)



Tak jak Siemion wyprzedził młodszych kolegów po piórze w kategorii dzienniki, tak Strachota oddał w tym roku najlepszą książkę o uzależnieniach (w jego wypadku od Xanaxu), deklasując choćby mocno przehajpowany debiut Małgorzaty Halber. Świetnie jest ten „Relaks” napisany - lekkim językiem, dynamicznie, bez zadęcia i dłużyzn (jak u Halber), za to z jajem. Choć tematyka jak wiadomo sroga. Szkoda tylko, że książka przeszła jakoś bez echa.

Ziemowit Szczerek – „Siódemka” (Korporacja Ha!art)



Brawurowa i kompletnie odjechana literacka rozrywka. A także mądra i zmuszająca do refleksji powieść, w której dominują rozważania o naszych wadach i przywarach, mentalności i tożsamości etc. Nie było również innej lektury w 2015 r., przy której bawiłbym się lepiej. Humor Szczerka, często czarny, czasem absurdalny, jest tej książki ogromną zaletą. W naszej obecnej prozie wszak dobre poczucie humoru to towar deficytowy.

Wit Szostak – „Wróżenie z wnętrzności” (Powergraph)



Najlepszy dowód na to, że książkę pozbawioną dialogów da się „połknąć” w jeden dzień - choć nie jest to łatwa proza. Tym razem, po zabawnych „Stu dniach bez końca”, autor zaserwował nam smutną i melancholijną opowieść o ucieczce od świata… I poszukiwaniach odpowiedzi na ważne życiowe kwestie. Niespieszna, subtelna narracja, ładny język. Szostak dalej w dobrej, równej formie.

Marcin Świetlicki – „Delta Dietla” (emg)



Jedyny przedstawiciel poezji w zestawieniu. Do Świetlickiego od wielu, wielu lat mam niebywałą słabość, ale nie jestem w stosunku do jego twórczości bezkrytyczny – zdarzały mu się tomiki słabsze. Ten i poprzedni („Jeden”) należą za to do najlepszych w całej jego twórczości. Poeta jest tu refleksyjny, szczery i dojrzały jak nigdy. Zachwycające.

Marcin Wicha – „Jak przestałem kochać design” (Karakter)



Kolejne po Małeckim duże zaskoczenie tego roku. Nigdy nie sądziłem bowiem, że będzie mnie w stanie zainteresować książka o szeroko pojętym designie. A jednak. To zasługa autora, który w lapidarnych tekstach (miniesejach), w lekkim ujęciu społeczno-obyczajowym, często zabawnym, ale także nostalgicznym, przybliża interesujące myśli i spostrzeżenia na ten temat.

Filip Zawada – „Pod słońce było” (Biuro Literackie)



Książka ta jest czymś na kształt poetyckiej antypowieści autobiograficznej, czy poematu prozą lub też rodzajem specyficznego dziennika. Z jednej strony znajdziemy tu dojmujący smutek i melancholię (bohater cierpi na depresję, która zaprowadza go do szpitala psychiatrycznego), z drugiej mamy czarny humor, ironię i gorzki dowcip. Do tego nagromadzenie świetnych pojedynczych, klarownych zdań - wręcz aforyzmów. Rzecz dla ludzi z otwartymi głowami.


Jeszcze przed nowym rokiem opublikuję IV część podsumowania roku – 10 najlepszych książek napisanych przez autorów ze świata.
ZOBACZ TAKŻE:
Skomentuj