O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Noir do kwadratu

... czyli kryminalne piekło Meksyku

Martin Solares – „Nie przysyłajcie kwiatów”
Wydawnictwo WAB, przełożył Tomasz Pindel, 480 str.



Pierwsze zdanie: „Powiedział im, że tylko jeden człowiek będzie potrafił odnaleźć dziewczynę”.

Debiut tego meksykańskiego pisarza (wydane w Polsce w 2015 r. „Czarne minuty”) podobał mi się bardzo. Raz, bo to świetny kryminał, a dwa, że okazał się cudowną odtrutką na wszechobecne, i niestety, coraz słabsze kryminały skandynawskie. Solares napisał tę książkę w stylu, jakiego się w Europie raczej nie używa. I nie chodzi tu wyłącznie o mocno zaakcentowane sprawy społeczne, które momentami potrafią nawet przyćmić wątek kryminalny. W końcu tacy, zwłaszcza szkoccy, autorzy też nie stronią od przywoływania w swoich kryminałach tego rodzaju tematów. Ba, nawet Szwedzi, Mankell czy Persson, z mniejszym lub większym natężeniem przemycali u siebie społeczne problemy.

Jednak żaden ze znanych mi europejskich twórców nie robi tego w aż tak dużym wymiarze jak Solares – także mocno politycznym. Żaden tak udanie nie gmatwa fabuły, nie wplata w nią fragmentów… nazwijmy je psychodelicznymi (ni to sny, ni wizje, ni omamy); i nie stosuje innych tego typu literackich odlotów. Dodatkowo nurzając całość w mrocznym, gęstym jak melasa, niepokojącym i specyficznym klimacie. To wszystko znaleźć można również w kolejnej jego książce pt. „Nie przysyłajcie kwiatów”. Tyle tylko, że jeszcze bardziej.

Między debiutem a premierą drugiej kryminalnej książki tego autora minęło ponad osiem lat – „Czarne minuty” w oryginale wyszły w 2006 r., a „Nie przysyłajcie kwiatów” w roku 2015. Z tego co wyczytałem tu i ówdzie – Solares poświęcił ten czas na gruntowny risercz tego, co napisano na temat „kryminalnego”, współczesnego Meksyku, oraz na zbieranie prawdziwych historii od swoich bliskich, znajomych czy też ich znajomych. Ten okres na pewno nie poszedł na marne, bo miast zwykłej książki sensacyjnej, otrzymujemy w efekcie niesamowitą, kryminalną powieść pełną gębą.

Jej akcja toczy się głównie w fikcyjnym La Eternidad, położonym w już prawdziwym stanie Tamaulipas w północno-wschodnim Meksyku, nad Zatoką Meksykańską. Lokalnemu, bogatemu biznesmenowi porwano córkę. Ma ją odnaleźć były policjant Carlos Trevino, który rozpoczął już nowe, spokojne życie i specjalnie nie pali się do tej roboty. Ten ostatni uczciwy (choć nie do końca!) detektyw, zmotywowany w odpowiedni sposób, przyjmuje zlecenie, i dostawszy do pomocy jednego z ochroniarzy milionera, rozpoczyna śledztwo. Sprawę rozpracowuje w całkiem niezłym tempie, choć łatwo nie jest. Ba, jest brutalnie, krwawo, a im dalej w las, tzn. między kaktusy, tym bardziej wszystko zaczyna powoli ocierać się o horror. Jak to w Meksyku.

I gdy wydaje się nam, że rozwiązanie jest o krok, Solares nagle porzuca Carlosa, by w drugiej części książki wprowadzić drugiego głównego bohatera – skorumpowanego i do szpiku kości zepsutego gangstera, który, tak się złożyło, jest jednocześnie szefem miejscowej policji – mowa o niejakim Margarito. W ten sposób zaczyna opowiadać tę samą, choć również zupełnie odmienną, historię z innego punktu widzenia. Carlos i Margarito są bowiem niczym Yin i Yang – dwie przeciwne, ale uzupełniające się (i to jak!) siły. Ten zaskakujący zabieg to mocna strona tej powieści.



Tak pokrótce wygląda kryminalna oś, i choć jest ona poprowadzona wzorcowo, z narastającym napięciem, dobrym tempem czy obowiązkowymi zwrotami akcji, to tym, co mnie w tej książce zachwyciło szczególnie, jest fakt, czym została wspomniana oś obudowana. Solares fenomenalnie oddaje złowrogą, apokaliptyczną wręcz atmosferę życia w mieście i regionie opanowanym przez narkotykowe gangi. W miejscu, w którym nie da się normalnie funkcjonować. Restauracje zamyka się tam wczesnym popołudniem – później jest już zbyt niebezpiecznie. Trudno jest uzyskać pomoc medyczną, bo pielęgniarki i lekarze boją się, że zabójcy i gangsterzy mogą w każdej chwili wpaść, by dokończyć swą pracę. Ci, którzy mieli gdzie, a przede wszystkim za co, stąd się wyprowadzić, już dawno to zrobili, zostawiwszy zamurowane na głucho mieszkania i domy. To miejsca, gdzie wielkim ryzykiem jest nawet zwykła podróż autobusem – wsiądziesz nie do tego, co trzeba, i trafiasz do obozu pracy, zarządzanego przez gangi. A te nieustannie sieją terror, stosując brutalną przemoc. Są ponad prawem. Dzielą i rządzą.

„Dwadzieścia lat temu każdy mógłby złożyć na nich doniesienie. Teraz są wszędzie. Chcą domów? Wystarczy podejść i komuś zabrać. Kto niby odważy się postawić? Chcą broni? Mogą ją kupić w państwach Ameryki Środkowej albo wymienić na za narkotyki u swoich wspólników jankesów. A jak im się bardzo śpieszy, mogą ją dostać nawet w tym mieście. Chcą kobiet? Rosyjska mafia może im sprowadzić blondynki z całego świata, zza dawnej żelaznej kurtyny. Dają pieniądze Kościołowi, budują drogi i szpitale, skumali się z policją… Co jakiś czas rząd zamykał jednego z nich, żeby dobrze wypaść przed Amerykanami, ale to też się skończyło, kiedy do interesu dołączyli politycy. I kto z tym pójdzie do mediów” ?

Meksykańska rzeczywistość to także skorumpowani do cna oraz umoczeni w różne śliskie sprawy urzędnicy, politycy czy członkowie związków zawodowych. Ale też „stróże prawa”, którzy są często jeszcze gorsi niż bandyci zasilający gangi. To takie miejsce, w którym np. toczy się rozmowy o tym, ile potrzeba będzie czasu, aby „odpalić” nowego szefa policji. Mniej, czy trochę więcej niż półtorej godziny? Państwo spełniające swoje podstawowe funkcje wobec obywateli po prostu tam nie istnieje. I nikt nie może czuć się bezpieczny. Takie są realia życia przy Zatoce Meksykańskiej. A trzeba jeszcze zaznaczyć, że poprzez występujące tu również retrospekcje, autor przybliża czytelnikowi, jak do tego doszło.

Na koniec zdań kilka o formie. Jakkolwiek nie ma tu żadnych literackich fajerwerków, tak nie ma też powodów, by mieć do autora jakieś zarzuty co do stylu. Język powieści jest co prawda prosty i dosadny, ale też wartki, lekki i potoczysty. Świetnie się tę książkę czyta. Trudno się od niej oderwać, i nie jest to truizm. Solares dopracował także te nieznaczne drobnostki, które można było wyłapać przy debiucie – m.in. minimalne spadki napięcia czy momenty nieco chaotyczne. Tu z prawdziwą maestrią panuje nad literacką materią od początku do samego finału. I co ważne, przynajmniej dla mnie, nie rezygnuje z tych charakterystycznych dla siebie psychodelicznych i odjechanych fragmentów – jak choćby spotkanie Trevinia z demonicznym karłem przy zbiorniku wodnym.

To, że tę książkę tak wybornie się czyta to oczywiście także zasługa tłumacza. Tomasz Pindel, znany specjalista od literatury latynoamerykańskiej, po raz kolejny wykonał kawał pierwszorzędnej roboty.
Wiem, że jest dopiero styczeń, ale to zapewne będzie jeden z najlepszych kryminałów tego roku, a może nawet jedna z najlepszych książek w 2017 r. w ogóle.

Aktualnie czytam:
Trwa ładowanie komentarzy...