Miasto, którego już nie ma

… czyli rumuńska Medgidia – zabawna i tragiczna

Cristian Teodorescu – „Medgidia. Miasto u kresu”

Wydawnictwo Amaltea, przełożyła Radosława Janowska-Lascar, 310 str.



Pierwsze zdanie: „Po ambitnym projekcie stworzenia w latach międzywojnia ilustrowanej historii gminy Slobozia ostało się jedynie kilka fotografii i, być może, kilka stron wstępu napisanego przez nauczyciela P.”.

Styczeń to taki specyficzny miesiąc, w którym mogę spokojnie sięgnąć po lektury od dłuższego już czasu odkładane na później. Karuzela wydawnicza dopiero nabiera szalonego rozpędu i tym samym pozwala nadrobić trochę zaległości. Zatem w pierwszym miesiącu tego roku przeczytałem m.in. kilka dobrych (np. reportaż „Polowanie na Escobara” Marka Bowdena) lub bardzo dobrych („Wróżba” Agnety Pleijel) książek, z których najlepszą bezapelacyjnie była „Medgidia. Miasto u kresu”. To pozycja z pierwszej połowy 2015 r., tym bardziej więc cieszę się, że udało mi się jej nie przeoczyć. Szkoda byłaby bowiem duża.

Cristian Teodorescu opisuje tu tytułową Medgidię, swoje rodzinne miasto, położone w Rumunii, niedaleko nadmorskiej Konstancy, nad kanałem Dunaj-Morze Czarne. Portretuje je w trudnych czasach, od 1938 roku do okresu po wojnie. W ciągu tej dekady Rumunia przechodziła burzliwe, katastrofalne wręcz dzieje, które we specjalnym wstępie do polskiego wydania książki przybliża czytelnikom autor. Wszystko zaczyna się co prawda dobrze, bo Wielką Rumunią rządzi szanowany król Karol II, jednak już chwilę później do głosu dochodzi skrajnie prawicowa partia zwana Żelazną Gwardią. Popularność faszystów doprowadza do sojuszu z hitlerowskimi Niemcami, a później, gdy losy wojny się odwracają, do poparcia Rosjan, i w efekcie do rządów komunistów.

Na tle wielkich wydarzeń historycznych poznajemy międzynarodową społeczność Medgidii. W tamtych czasach żyli w niej zgodnie Rumuni, Żydzi, Turcy, Cyganie i przedstawiciele jeszcze kilku innych mniejszości narodowych. Teodorescu - wykorzystując wspomnienia rodzinne, historie krążące po mieście, nieznane szczegóły przekazane mu przez potomków byłych mieszkańców, ale i też, czego zupełnie nie kryje, nieco zmyślając i podkolorowując – stworzył kapitalny portret tego miejsca.

Społeczność miasta jest nie tylko międzynarodowa, ale przede wszystkim niezwykle barwna, co sprawia, że od tej książki ciężko jest się oderwać. Tworzą ją bowiem fascynujące postaci z krwi i kości, brawurowo sportretowane przez autora. Jedną z najważniejszych jest dziadek samego Teodorescu, zwany Stefankiem. Prowincjusz, piekarz z zawodu, domorosły fotograf staje się nagle restauratorem, prowadzącym na lokalnym dworcu kolejowym wytworną knajpę, w której toczy się towarzyskie życie miasta. Poza Stefankiem, który notabene uwielbia tracić czas na hazard i prostytutki, mamy jego najlepszego przyjaciela kelnera-marzyciela Januszka, który pracował w słynnym Orient Expressie. Specyficzną parę, a więc żydowską lekarkę Leę – kobietę odważną i wyzwoloną oraz majora Scipiona – człowieka honoru i z zasadami. Ale są też czarne charaktery, jak szef miejscowej Żelaznej Gwardii, Stelian czy listonosz-morderca Claudiu albo taki oryginał jak niezwykle skuteczny kieszonkowiec o wdzięcznej ksywie Portfel. Dodam, że nie wymieniłem nawet jednej trzeciej postaci, które występują w tej książce.



Wszyscy oni biorą udział w różnego rodzaju plastycznie i zgrabnie literacko przedstawionych scenkach, wydarzeniach oraz anegdotach. Takich zwyczajnych rodzajowych, ale także bardzo lirycznych. Dowcipnych i zabawnych, smutnych i tragicznych. Teodorescu nieustannie, acz z dużym wyczuciem, żongluje tu całą paletą emocji, od radosnej ironii po melancholię, od głębokiego smutku i wzruszenia po gorycz i wyraźny niepokój. Z zaskakującą płynnością przechodzi np. od tematów antysemityzmu, terroru czy okrucieństwa wojny do soczystych i przezabawnych historyjek, w których alkohol leje się strumieniami przy suto zastawionych stołach, i w których jest miejsce zarówno dla miejscowych dziwek jak i dla popa czy imama. Tu obok siebie i bez żadnego zgrzytu funkcjonują z powodzeniem absurd, groteska i groza.

„Rewolucja nie biła ludzi, aby nie robić im wstydu. Rozstrzeliwała szybciutko albo, jeśli zrobiło jej się kogoś żal, wysyłała na mordęgę na Sybir”.

Jest też miejsce na sentymentalizm (ale nie przerysowany!), pewną baśniowość, brutalny realizm, ale i zagadkowość. Zagłębiając się w kolejne strony „Medgidii” miałem dwa silne skojarzenia – jedno to literatura czeska - przede wszystkim Hrabal, a drugie to najlepsze filmy Kusturicy, z kultowym „Undergroundem” na czele.

Jest to książka ciekawa także jeśli chodzi o konstrukcję. Bo ni to powieść, ni zbiór opowiadań. Na historię Medgidii składają się 103 króciutkie rozdziały, każdy świetnie spuentowany, które można czytać, zresztą zgodnie z instrukcją samego Teodorescu, zarówno na wyrywki jaki i jako zwartą powieściową całość. Sam polecam tę drugą wersję, bo choć każdy mini-rozdzialik jest rzeczywiście konkretną, skondensowaną opowieścią, tak większość z nich jednak łączy się i jest ułożona chronologicznie.

Rumuński autor stworzył z tych opowiastek porywającą historię o ciekawym miejscu znajdującym się na skraju rozpadu. W jej finale bowiem główni bohaterowie odkrywają, iż nie rozpoznają już swego ukochanego miasta. Wszystko jakoś zszarzało, spsiało i stało się im obce. Tamtej Medgidii po prostu już nie ma. Na szczęście została po niej ta piękna książka. Czytać i jeszcze raz czytać.

Aktualnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...