Komiczno-gorzka satyra na Amerykę

…czyli jak Drużyna Bravo podbijała Teksas

Ben Fountain – Długi marsz w połowie meczu

Wydawnictwo Czarne, przełożył Tomasz S. Gałązka, 353 str.

Pierwsze zdanie: Żołnierzom z Bravo nie jest zimno.

Ameryka. Rok 2004. Głównym bohaterem powieści jest dziewiętnastoletni Billy Lynn, który trochę narozrabiał. Najpierw zdemolował samochód swojego niedoszłego szwagra za to, że ten porzucił jego siostrę (w dramatycznych okolicznościach). Miał do wyboru więzienie albo wstąpienie do wojska, zdecydował się na to ostatnie. Trafił do Iraku. Tu narozrabiał jeszcze bardziej. Podczas patrolu, nad kanałem Al-Ansakar jego oddział wpadł w zasadzkę islamistów – wywiązała się walka. Marines nie dali się bojownikom i roznieśli ich w pył, a nasz bohater wykazał się nie lada odwagą, wyciągając spod ostrzału ciężko rannego kolegę. Jakby tego pecha było mało, heroiczna postawa młodziutkiego żołnierza została udokumentowana przez telewizję Fox News. Billy i jego oddział (nazwani przez media Drużyną Bravo) stali się prawdziwymi bohaterami. Co tam wojna w Iraku, chłopaki dopiero teraz mają przesrane…

Długi marsz w połowie meczu zaczyna się, gdy żołnierze Bravo kończą wielkie Tourne Zwycięstwa w Teksasie. Mają jeszcze tylko wziąć udział w bombastyczno-orgiastycznej fecie z okazji Święta Dziękczynienia, planowanej podczas przerwy meczu drużyny futbolu amerykańskiego Dallas Cowboys, wystąpić m.in. obok Beyonce i Destiny’s Child… i wrócić na wojnę. Akcja toczy się w ciągu jednego dnia, a o wspomnianych wydarzeniach, które doprowadziły do zaszczytnego udziału Bravo w całej imprezie, dowiadujemy się z licznych retrospekcji.

Żołnierze witani są w rodzinnym stanie George W. Busha niczym gwiazdy rocka. Euforia i szał na Teksas Stadium osiągają istne apogeum – owacjom, uściskom i poklepywaniu po plecach nie ma końca. Chłopaków fetują wszyscy bez wyjątku. Od przeciętnych, prowincjonalnych normalsów-kibiców, po lokalnych kacyków – śmierdzących dolarami bogaczy. Ci pierwsi cieszą się, że mogą zobaczyć i dotknąć największych obecnie bohaterów Ameryki. Ci drudzy wpuszczają Bravo na salony, polewają alkohole, składają jakieś obietnice. A do tego wszystkiego jeszcze te niewiarygodnie seksowne czirliderki, które robią do wojaków maślane oczy. Normalnie amerykański sen…
Członkowie Drużyny Bravo mają już jednak dość tego cyrku. Objazdówka po kraju, rola małpek w klatce i nieustająca impreza strasznie ich wycieńczyły. Zależy im już tylko na wynegocjowaniu konkretnego honorarium za hollywoodzki film, który rzekomo ma powstać w oparciu o ich iracką potyczkę. Do tej sztucznie wykreowanej szopki Bravo odnoszą się z dużym dystansem i jeszcze większą ironią oraz szyderą. Generalnie próbują to przetrwać – ratując się piciem piwa i whisky, otumaniając skrętami oraz środkami przeciwbólowymi czy korzystając z usług striptizerek. Starają się też za wiele nie myśleć o tym, co się wokół nich dzieje.

Wyjątkiem jest Billy. Temu od myślenia pęka już głowa. Z barków nawet na chwilę nie złazi mu jego osobisty demon wojny: Najbardziej dobija ta pieprzona przypadkowość, to, że różnica między życiem a śmiercią czy potwornym kalectwem sprowadza się czasem tylko do tego, że ktoś, idąc po żarcie, schylił się, by zawiązać sznurówkę, albo wybrał trzeci kibel w rzędzie, a nie czwarty, obrócił głowę w lewo, a nie w prawo. Przypadek. To strasznie ryje łeb.
Dobija go najzwyklejszy strach:
Strasznie go już męczy życie pod tym codziennym gradem stresu, nie tylko normalną zwierzęcą obawą przed cierpieniem i śmiercią, ale i właściwym tylko ludziom strachem przed strachem, zupełnie jakby nastawić płytę CD na odtwarzanie jednego utworu, powstaje nieustannie zacieśniająca się, samowzmacniająca się pętla, która mogłaby w sumie być jakąś formą obłędu.
Dotykają także sprawy osobiste (rodzice na skraju bankructwa), miłosne (na stadionie błyskawicznie zakochuje się na zabój w jednej z czirliderek) oraz rozterki dotyczące przyszłości – siostra mocno namawia go, żeby zdezerterował.



Billy obserwuje też uważnie to, co się wokół nich wyprawia, i wyciąga same mało pozytywne wnioski. Odkrywa, że wojna to przede wszystkim biznes (nieuczciwy), a Ameryka stała się gigantycznym centrum handlowym, do którego doklejone jest państwo. To, co widać i słychać dookoła, z rzekomo wielkim kapitałem na czele, jest zwyczajną wydmuszką. Samych żołnierzy przecież koncertowo chce orżnąć właściciel drużyny Dallas Cowboys, który tak naprawdę jest finansowym spekulantem. Będący u władzy przedstawiciele konserwatywnej części kraju bezustannie karmią bohaterów frazesami i mitem wielkiej, niepokonanej Ameryki, choć gdzieś za plecami czai się już wojenna klęska, a w dalszej perspektywie, wielki kryzys. Kibice poklepują po ramionach, wiwatują, wystawiają kciuki i w tym samym momencie zapominają o sprawie, wracając do picia piwa i oglądania meczu – zadowoleni, że wykazali się obywatelską postawą popierając „naszych chłopców”. Ten krótkotrwały zachwyt nad bohaterstwem marines to z jednej strony maskowanie rzeczywistej sytuacji w Iraku, a z drugiej, w wymiarze społecznym, rodzaj lekarstwa na życiowe niepowodzenia i brak perspektyw.

Każdy wspiera żołnierzy – warczy Dime – wsparcie dla żołnierzy, wspieramy żołnierzy, no do diabła, wszyscy jesteśmy tacy kurwa DUMNI z naszych żołnierzy, ale co innego jeśli chodzi o pieniądze. W sensie, że ktoś miałby coś żołnierzom zafundować? To nagle i niespodziewanie budżet robi się w chuj ciasny.

A oni wciąż muszą grać swoje role nieustraszonych obrońców narodu, odgrywać je bez mrugnięcia okiem… dla widzów, dla Ameryki, dla ponad czterdziestomilionowej widowni przed telewizorami Bravo dadzą radę, a jak! Źrenice jak spodki, tętno i ciśnienie krwi gdzieś w kosmosie, kończyny drżą od wywołanego stresem zrzutu kortyzolu, ale jest dobrze, jest git, nikomu nie odpierdoli, drużyna Bravo nie pęka, to nie weterani z Wietnamu! Można kazać im maszerować w samo piekło pokazu „światło i dźwięk” i dadzą radę, ale – no jasny gwint – to jednak świństwo zmuszać ich do czegoś takiego.

Żeby jednak była jasność – nie jest to wyłącznie przygnębiająca powieść. To przecież w dużej mierze także rasowa satyra. Piekielnie dowcipna, a nawet komiczna. Pełna iskrzących dialogów, żołnierskich, mocnych bluzgów i świetnych tekstów. Ten bezpośredni, dosadny, ale także błyskotliwy język jest wielką siłą tej powieści. Kapitalnie oddał go tłumacz książki – Tomasz S. Gałązka.

– Cooo? – Dime z miejsca wsiada na Mango. – Że niby, kurwa, jakim c u d e m futbol ma być nudny, futbol jest boski, futbol s r a na wszystkie inne sporty, futbol to jest, kurwa szczyt szczytów sportowego świata. Że co chcesz mi tu powiedzieć, że wołałbyś oglądać p i ł k ę n o ż n ą? Bandę pedałów ganiających po boisku w krótkich gaciach i podkolanówkach? Grają przez dziewięćdziesiąt minut i nikt nie strzeli gola, no tak, zajebista spraw, wybór każdego pacjent w śpiączce wegetatywnej. Nie no, p e w n i e, jak chcesz sobie oglądać FIUT-bola, Mango, to weź już zaraz wypierdalaj z powrotem do Mehiko.

Choć Fountain w zasadzie ogranicza czas akcji do kilkunastu godzin, a jej miejsce wyłącznie do stadionu (oczywiście nie licząc retrospekcji), to prowadzi ją bardzo dynamicznie. Książka jest zajmująca – wiele tu się dzieje, a w połączeniu z tym zmyślnym językiem, sprawia, że od lektury trudno się oderwać.
Autor nie tylko obnażył fałsz i miałkość Wielkiej Ameryki oraz oddał ducha pokręconej rzeczywistości, w jakiej się wtedy znajdowała, z tym królującym kiczowatym blichtrem na czele. Wyśmiał również obsesyjną wręcz miłość do tamtejszego futbolu. Udało mu się także, w tym całym groteskowym kołowrotku, przemycić pacyfistyczny wydźwięk powieści. Pierwszorzędna książka.

Aktualnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...