O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Opowiadaj dalej… – oby tak dalej!

… czyli dwa wartościowe zbiory opowiadań

Wydawnictwo Nisza, w serii Opowiadaj dalej…, w krótkim odstępie czasu wypuściło na rynek dwa ciekawe zbiory opowiadań. Specyficzne, nieszablonowe i zupełnie od siebie różne, ale tak samo wartościowe i warte przeczytania.

Andrzej Dybczak – Pan wszystkich krów



Wydawnictwo Nisza, 200 str.

Pierwsze zdanie: Słońce kryło się właśnie za górami, pomiędzy mną a szybko matowiejącym niebem rozpościerał się tylko dziurawy parasol z długich listków wierzby.

Dybczak, Laureat Nagrody Kościelskich za literacki reportaż o syberyjskich pasterzach pt. Gugara, tym razem serwuje czytelnikom zbiór dziesięciu opowiadań. Teksty te mają jednak sporo wspólnego z reportażem. Autor pisze bowiem o tym co widział na własne oczy i co poczuł na własnej skórze. Poza tym to rzecz nieodbiegająca zbytnio od klimatu Gugary – bo Pana wszystkich krów wypełnia proza ascetyczna i wyciszona. Lapidarna. Taka, w której, jeśli chodzi o fabułę, tak naprawdę nie za wiele się dzieje. Emocjonalnie jest to też rzecz minimalistyczna. A sam narrator, mimo że to głównie jego przeżyć dotyczą opowiadania, jest mocno wycofany na drugi plan. Cierpliwie kontempluje otaczającą go rzeczywistość i wyciąga z niej esencjonalne, ciekawe spostrzeżenia.

Co istotne, autor znów skupia się na postaciach raczej niebędących w centrum zainteresowania współczesnej literatury. W Gugarze byli to ginący Ewenkowie, tu z kolei mamy pilarzy, ludzi ze wsi, złomiarza, starego myśliwego czy mężczyzn zatrudnionych na czarno w Norwegii. Większość bohaterów tych opowiadań bardzo ciężko pracuje i prowadzi nieskomplikowane życie. To właśnie zajmuje autora – podglądanie codzienności zwykłych ludzi. A do tego udaje mu się spojrzeć troskliwym okiem na cierpienie zwierząt i wyniszczanie przyrody.

To także, w pewnym wymiarze, męska proza. W opowiadaniu Kurs mamy bowiem grupę kilkunastu facetów, którzy uczestniczą w czternastodniowym kursie pilarza i trenują wycinkę drzew. W tekście pt. Rambo międzynarodowa grupa niewykwalifikowanych pracowników-najemników, głównie z Europy Wschodniej, ryzykując zdrowiem, w bardzo trudnych warunkach rozładowuje trawlery z ryb, zamrożonych w wielkich blokach lodu. Z kolei w Marku kilku mężczyzn po prostu układa deski i belki na jedną wielką pryzmę.

Ich zajęcia opisywane są dość szczegółowo, więc wydawać by się mogło, że będzie to przeraźliwa nuda. Bo cóż może być takiego zajmującego w układaniu kantówek. Ale tu właśnie wychodzi cały kunszt autora – on, ten pozorny banalizm przedstawia tak, że o nudzie nie ma mowy. Udanie portretuje bohaterów. Pokazuje na przykład, jak usilnie starają się nie pokazać innym swoich słabości. Teksty mają poza tym specyficzny, spokojny, głęboko ludzki, i nazwijmy go, antycywilizacyjny klimat. To pisanie po prostu wciąga.



Bardzo dobre jest opowiadanie Gopala – o tym, jak autor pracował przy krowach, zajmując się m.in. ich wypasem. Przy odrobinie wyobraźni, ta zwykła, zapyziała, popegieerowska wieś skojarzyć się może nawet z jakimś amerykańskim ranczem. Fortunny jest także Hadamek, o sąsiedzie z bloku, który zbierał złom i urzędował w piwnicy. To nie tylko interesujące wycinki z rzeczywistości, lecz także przedstawienie specyfiki Polski B.

Niejako na drugim biegunie znajdują się teksty Dawno temu i Czekając na sygnał, w których występują córki narratora. Są z kolei zwyczajnie ciepłe i mądre. Ukazują przy tym fajnego, spełniającego się ojca.

W opowiadaniu Kurs Dybczak pisze tak:

Tylko nie pytajcie, skąd biorą się w człowieku takie pomysły. Są tacy, co potrafią normalnie żyć, jakoś lepiej myśleć o życiu. Ale są też inni. Ich wewnętrzne kompasy co prawda pokazują bezbłędnie literkę N na tarczy, ale to nie północ. Nawet nie wschód, zachód czy południe. To N jak nigdzie. Tamtego roku narastało we mnie poczucie, że oto wreszcie tam dotarłem.

To zatem książka nie tylko dla fanów krótkich form i ciekawej, wartościowej literatury – bo jest naprawdę bardzo dobrze napisana – ale właśnie głównie dla tych innych, o których wspomina autor.

Mikołaj Grynberg – Rejwach



Wydawnictwo Nisza, 129 str.

Pierwsze zdanie: Normalnie bałem się z panem spotkać w moim mieście.

Rejwach to 31 króciutkich, czasem ledwo dwustronicowych tekstów – opowieści o tym, jak trudno jest być Żydem we współczesnej Polsce. To pokłosie wcześniejszej książki autora pt. Oskarżam Auschwitz. Tam mieliśmy rozmowy z dziećmi tych, którym udało się przeżyć Holocaust. Tu – literackie przetworzenie ich szczerych monologów. A przedstawione historie są przeróżne.

W Klementynie bohaterka mówi:

Wie pan, dlaczego tu pana ściągnęłam? Komuś musiałam opowiedzieć, że jest rok 2016, a ja dalej się ukrywam. Już mocno ponad siedemdziesiąt lat. Sama nie mogę w to uwierzyć.

Deska ratunku jest o dobrze prosperującym przedsiębiorcy, który w Łodzi brany jest za Żyda.

Pan mi powie, co z tymi ludźmi jest? Jesteśmy porządnymi ludźmi, uczciwe stawki płacimy, umowy, zusy, srusy i co? „Żydzi, Żydzi, Żydzi!” Dosyć już tego mamy.

W niesamowitej Gorzkiej czekoladzie syn opowiada o ojcu, który zapadł na depresję:

Parę lat temu na Boże Narodzenie przyniósł wszystkim w prezencie gorzką czekoladę. To były najdziwniejsze święta w moim życiu. Bardzo długo siedział w milczeniu, ale do tego byliśmy przyzwyczajeni. Patrzył na mojego ośmioletniego syna i nagle, między śledziem a grzybową, powiedział, jakby mówił coś najzwyklejszego na świecie:
– Gdy miałeś tyle lat, co on, chciałem zabić ciebie i twoją siostrę i popełnić samobójstwo.




A w równie arcysmutnych Cukierniczych marzeniach inny syn opowiada o matce, która do znudzenia czytała mu wierszyk Tuwima o Dyziu marzycielu, aż w końcu pewnego dnia wyskoczyła przez okno.
W Moich pięciu Żydach Polka robi swoisty rachunek sumienia na temat tego, jaki miała stosunek do Żydów, których spotkała w swoim życiu. Nie był on najlepszy.
We Wspólnym dobrze inna pani przekonuje autora, żeby dalej tak pięknie opowiadał o Żydach, jak opowiada, ale tak, żeby nikogo nie urazić. Żeby przestał tak jątrzyć. Pada tu zresztą bardzo ważne zdanie dla tego całego tomiku – w kontekście tego, iż raczej nie ma na co liczyć, że kiedyś będzie lepiej:

Chcecie dalej tu mieszkać, to czas się pogodzić z rzeczywistością.

Teksty te, choć nad wyraz oszczędne, są również bardzo emocjonalne i poruszające. Niezwykle mocne. Przenikliwe. Przy ich lekturze dosłownie cierpnie skóra. Człowiek kręci z niedowierzaniem głową i zastanawia się – jak to w ogóle jest możliwe? Grynbergowi udało się w nich bowiem dotknąć sedna. Wyciągnąć istotę problemu. Sam jego destylat.

To książka o tym, jak trudno jest zapomnieć o dramatycznych wydarzeniach z przeszłości. I jak drugie i trzecie pokolenie po Holokauście nadal nie radzi sobie z traumą. Ale przede wszystkim o tym – jak zrozumieć tych napiętnowanych. Tych INNYCH. To również bardzo ważna publikacja w kontekście współczesnych, niepokojących wydarzeń, takich jak choćby niedawny marsz ONR-u.

Cieniutka książeczka, która mnie zwyczajnie zdemolowała. Nie ma co o niej więcej pisać, ją trzeba czytać.

Aktualnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...