O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Trzy sensacyjne książki (w tym jeden niewypał)

… czyli dreszczowiec, klasyczny kryminał i thriller psychologiczny

Krzysztof A. Zajas – Oszpicyn



Wydawnictwo Marginesy, 555 str.

Pierwsze zdanie: Widziałem tego człowieka zaledwie trzy razy.

Zamówiłem sobie tę książkę do lektury, bo intrygujący wydał mi się pomysł autora, aby pożenić ze sobą kryminał i dreszczowiec (czy nawet horror) z traumatyczną historią Holocaustu; umieszczenie akcji w Oświęcimiu lat 90. i później. Było w tym coś nie tylko przyciągającego, lecz nawet lekko perwersyjnego, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że Zajas skupił się tu na przedstawieniu Polaków, którzy podczas II Wojny Światowej Żydów okradali i zabijali z chciwości. Tego swoistego pójścia pod prąd byłem bardzo ciekaw. Niestety, powieść, którą widziałem początkowo jako interesującą, w efekcie okazała się niewypałem.

Kuleje tu prawie wszystko, poza niezłym stylem i sprawną polszczyzną, jaką posługuje się autor – notabene profesor polonistyki. Fabuła jest rozwleczona do granic możliwości. Za dużo tu wątków, postaci i narracyjnego chaosu, który tworzą wielokrotnie ograne już motywy z tego typu rozrywkowej literatury, jak choćby mordujące, opętane dzieci, plaga szczurów, niewyjaśnione zjawiska nadprzyrodzone czy poszukiwanie skarbu. Kompletnie bezpłciowy jest główny bohater – młody dziennikarz Wojciech Jaromin, który ani nie wzbudza sympatii, ani nie intryguje. A jeśli już, to najwyżej irytuje.



O ile jeszcze pierwsza część książki jakoś się trzyma kupy, tak przez drugą trudno jest przebrnąć, bo jest nudna i przegadana, a nad trzecią należałoby jeszcze popracować. I nie tylko nad nią. Co to bowiem za thriller, w którym napięcie spada albo nie ma go wcale? Nie mówiąc już o kryminalnym śledztwie, które niby jest, ale jakby go nie było. Tych podstawowych braków nie rekompensują nawet niezłe wątki poboczne, które mogłyby wynieść tę książkę nieco poza gatunkową sztampę. A więc motywy: stricte historyczny i społeczno-psychologiczny.

Z okładki Oszpicyna można się dowiedzieć, że ulubionym autorem Krzysztofa A. Zajasa jest Stephen King, i obu panom przyświeca ta sama zasada, że książka ma być do czytania. Ta, z przykrością stwierdzam, niespecjalnie się do tego nadaje. Do Oszpicyna idealnie pasuje za to jeden z tekstów z kultowego Rejsu Marka Piwowskiego – Nuda, nic się nie dzieje, dialogi niedobre…


Jørn Lier Horst – Kluczowy świadek



Wydawnictwo Smak Słowa, przełożyła Milena Skoczko, 336 str.

Pierwsze zdanie: Wiliam Wisting odłożył harmonijkę do szuflady i popchnął ku krawędzi biurka wysoki stos papierów w zielonej okładce.

Nareszcie jest! Pierwsza część popularnej, kryminalnej serii o komisarzu Williamie Wistingu. Po przeczytaniu kilku późniejszych tomów cyklu (niestety poznawaliśmy go w Polsce od środka i końca) można wreszcie dowiedzieć się, jak to się wszystko zaczęło. A okazuje się, że seria ta, w przeciwieństwie na przykład do innego norweskiego hitu – cyklu Jo Nesbø o Harrym Hole, w której premierowy Człowiek nietoperz jest jej najsłabszym ogniwem – od razu prezentowała się dobrze.

Horst, były komisarz policji, oparł swój debiut na motywach historii prawdziwego, tajemniczego morderstwa, które wstrząsnęło Norwegią w 1995 r. Sprawa ta była jego pierwszym poważniejszym dochodzeniem. W domu odnaleziony zostaje martwy, samotny mężczyzna – Preben Pramm. Jego mieszkanie wygląda jakby przeszło przez nie tornado, ktoś czegoś szukał – całe splądrowane. Z kolei ciało starszego pana jest skrępowane, nagie i nosi ślady tortur. Trochę później, po zbadaniu denata okaże się, że ten przed śmiercią został zgwałcony. Kto stał za tym brutalnym i zagadkowym morderstwem? Na to pytanie będzie się starał odpowiedzieć doświadczony komisarz Wisting.



Jak to u Horsta bywa, akcja jest tu praktycznie zerowa, ale jak wiemy (my wielbiciele cyklu) nie o to w nim chodzi. Na pierwszym planie mamy żmudnie prowadzone śledztwo, które cechuje przede wszystkim wysoki poziom realizmu. W Kluczowym świadku znajdziemy zatem odtworzoną pracę policjantów. Tę cała drobiazgową i mocno angażującą dłubaninę (Wistinga prawie nie ma w domu, je byle co, ciągle boli go głowa itd.). Od skrupulatnego przeszukania miejsca zbrodni, poprzez przesłuchania i przeszukania, po nieustające główkowanie. A co się z tym wiąże – kojarzenie faktów, szukanie powiązań, analizowanie dowodów i psychologiczne podejście do podejrzanych.

Lubił spotykać nowych ludzi i pozbawiać ich kolejnych warstw dzięki odpowiednio postawionym pytaniom, aż docierał do ich wnętrza i odkrywał ich prawdziwe ja.

Czyli merytoryka i wiarygodność ponad wszystko. A Horst już w pierwszym tomie cyklu potrafi sprzedać ten swój pomysł na kryminał tak, że momentami nawet to stojące w miejscu śledztwo nic a nic nie nudzi. I choć intryga nie posiada specjalnie zaskakujących twistów, i tak wciąga. Zresztą z tą serią już tak jest, że albo się lubi specyficzny klimat i spokojny tryb prowadzenia sprawy, poprzetykany gdzieniegdzie wątkami społeczno-obyczajowymi (jak choćby samotność starszych ludzi) albo nie. Ja tam lubię.

I jeszcze jedna ważna oraz interesująca sprawa. Wistingowi, w powieści, oczywiście udaje się rozwiązać tę skomplikowaną zagadkę, w rzeczywistości natomiast sprawa nie została wyjaśniona do dziś. To daje temu naprawdę solidnemu, klasycznemu kryminałowi dodatkowego smaczku.


Alex Marwood – Najmroczniejszy sekret



Wydawnictwo Albatros, przełożył Rafał Lisowski, 411 str.

Pierwsze zdanie: Moi drodzy!

Ostatnia książka Alex Marwood co prawda nie została napisana na podstawie prawdziwych wydarzeń jak Kluczowy świadek Horsta. Można jednak przypuszczać, i to z wysokim prawdopodobieństwem, że fabułę zainspirowała głośna swego czasu – nie tylko na Wyspach Brytyjskich, lecz w całej Europie – sprawa zaginięcia Madeleine McCann. Dziewczynka zniknęła w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach z hotelowego pokoju w Portugalii, gdy jej rodzice (para angielskich lekarzy) udali się na kolacje ze znajomymi. Wokół tej zagadkowej sprawy narosło wiele różnych, mniej lub bardziej tragicznych, hipotez. Jedną z nich najprawdopodobniej wykorzystała i poddała lekkiej modyfikacji autorka Najmroczniejszego sekretu. Ale o jej szczegółach sza! Nie będę przecież psuł czytelnikom zabawy. Choć napiszę od razu, że bardziej wyrobieni odbiorcy sensacyjnej prozy nie powinni mieć problemów z rozwiązaniem zagadki, jaką przyszykowała dla nich Marwood. Ja doszedłem do jej clou gdzieś w połowie książki. Co zupełnie nie zmienia faktu, że czytałem ją w napięciu do samego końca. Mało tego – po poznaniu wszystkich trzech powieści brytyjskiej autorki wydanych w Polsce, uważam, że właśnie ta jest najlepsza.

Jak to? Odgadł rozwiązanie, a mimo to książkę chwali? Ano tak. Tak się bowiem składa, że sama zagadka kryminalna – co się stało z jedną z trzyletnich bliźniaczek, Coco, która nagle zniknęła – nie jest tu najistotniejsza. To, co mi się w tym psychologicznym thrillerze podobało najbardziej, to ustawienie środka ciężkości właśnie na psychologii, a nie na thrillerze. W Najmroczniejszym sekrecie Marwood całkiem nieźle stopniuje napięcie i powoli, acz systematycznie, odkrywa kolejne fakty dotyczące zagadkowego zniknięcia dziewczynki, lecz przede wszystkim doskonale portretuje przedstawicieli brytyjskich elit. Między innymi ojca Coco, Seana Jacksona, milionera, który dorobił się na handlu nieruchomościami, albo znanego polityka czy popularnego, zwłaszcza wśród zespołów rockowych, lekarza. Do tego jeszcze żony tych panów a także gromadkę ich dzieci. Okazuje się, że jest to grupa wybitnie antypatycznych postaci. Niemoralnych do szpiku kości. Przesiąkniętych złem egocentryków i pozerów, którzy podczas feralnego weekendu, kiedy ginie Coco, trwonią czas na balangowaniu, piciu i ćpaniu, w czym dzieci tak naprawdę tylko im przeszkadzają. Nagle zostają postawieni w obliczu tragicznej i arcytrudnej sytuacji. Jak na nią zareagują?



Najmroczniejszy sekret to wciągające, choć momentami odrażające, psychologiczne studium moralnego zepsucia. Co gorsza, dotykające nie tylko części męskiej, która w powieści rzeczywiście jest lub wyłącznie udaje panów i władców, ale także odnoszące się do sportretowanych tu kobiet. One zaskakują swym zimnym wyrachowaniem i okrucieństwem. Mało tego, nawet niektóre z dzieci, obserwujące i analizujące ten plugawy świat dorosłych, wchodzą weń w bardzo niebezpieczny sposób. Poza tym autorka przekonująco ukazuje toksyczną stronę związków. Nie tylko tych najbliższych, rodzinnych. Również ogólnych, międzyludzkich. Opartych na wzajemnych zależnościach i obrzydliwych często układach. W końcu jest to także pełna cierpienia opowieść o odrzuceniu i o wynikających z niego problemach emocjonalnych, które prowadzą do życiowego zagubienia – ważny wątek Mili, córki Jacksona z pierwszego małżeństwa.

Bardzo dobra i mocna to książka. W pewnym stopniu także trudna – szczególnie dla tych, którzy mają dzieci.

Aktualnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...