O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Co czytać podczas wakacji? cz. I

… na pierwszy ogień oczywiście kryminały

Od dziś ruszam z cyklem książkowych poleceń wakacyjnych, w którym w krótkiej formie będę Państwu prezentował za każdym razem trzy pozycje, po które, według mojego na wskroś subiektywnego zdania, szczególnie warto sięgnąć podczas urlopu. Postaram się przybliżyć w miarę możliwości jak najszersze spektrum gatunkowe, tak żeby każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Wskazania te obejmą: kryminały, reportaże, powieści, zbiory opowiadań oraz książki rodzimych, polskich autorów, które nie zmieściły mi się we wcześniejszych kategoriach.

Na pierwszy ogień tradycyjnie już idą kryminały, bo nigdy nie ukrywałem, że sam najchętniej na urlopie wybieram właśnie ten gatunek. Zazwyczaj czyta się je lekko, zapewniają relaks i dobrą rozrywkę, oczywiście pod warunkiem, że jednocześnie trzymają się wysokiego poziomu literackiego. W ten deseń idealnie wpisuje się Zombie Wojciecha Chmielarza, a najpełniej Brighton Michaela Herveya.

Wojciech Chmielarz – Zombie



Wydawnictwo Czarne, 517 str.

Pierwsze zdanie: Też chcesz zostać bohaterem?

Chmielarz w drugiej części tzw. Cyklu Gliwickiego, którego bohaterem jest dość nieprzyjemny typ (upadły, prywatny detektyw Dawid Wolski), dodał drugą, równorzędną mu postać – prokuratora Adama Górnika. Ten jako młody chłopak… zabił młotkiem kolegę ze szkoły. To wydarzenie stanowi oś fabuły, a Górnik do spółki z Wolskim muszą rozwiązać nieco nieprawdopodobną zagadkę.

Zombiego przede wszystkim pysznie się czyta. Ten najmroczniejszy z dotychczasowych kryminałów Chmielarza szybko i mocno wciąga. To zasługa sprawnej, wartkiej narracji, dynamicznej akcji, dobrze nakreślonych postaci, udanych retrospekcji czy kilku zaskakujących twistów. Nie mówię już szerzej o tym, co jest już swego rodzaju wizytówką tego autora, a więc o wybornie oddanych, rodzimych realiach – zwłaszcza tych społecznych.

Żeby jednak nie było za słodko, mam też pewne zastrzeżenie. Sama intryga, choć ciekawa, oparta na motywie zemsty i przez prawie całą książkę perfekcyjnie prowadzona, jakoś nie przekonuje mnie do końca w samym finale. Wyjaśnienie całej zagwozdki jest, jak dla mnie, lekko naciągane. Co nie zmienia faktu, że Zombiego i tak zdecydowanie warto przeczytać.


Michael Harvey – Brighton



Wydawnictwo Czarna Owca, przełożył Piotr Kaliński, 353 str.

Pierwsze zdanie: Pierwszy raz spotkał Bobby’ego Scalesa nad brzegiem rzeki Charles.

Brighton to dla mnie z kolei duże i bardzo pozytywne zaskoczenie. Przyznam szczerze, że sięgnąłem po tę książkę tylko dlatego, że przeczytałem, iż jej akcja dzieje się w Bostonie (Brighton to jedna z jego dzielnic). A to amerykańskie miasto kapitalnie portretuje w swoich powieściach kryminalno-sensacyjnych jeden z moich ulubionych autorów tego gatunku, Dennis Lehane. Chciałem sprawdzić więc, jak robią to inni. Okazało się, że trafiłem na znakomity, choć bardzo minorowy w nastroju, czarny kryminał.

Tu, podobnie jak u Chmielarza, wszystko zaczyna się od zbrodni popełnionej przed laty. Zamieszanych w nią jest dwóch przyjaciół, z których każdy wybrał kompletnie inną życiową drogę – jeden jest dziennikarzem śledczym, któremu przyznano właśnie Pulitzera, drugi przestępcą utrzymującym się z nielegalnych zakładów. W Brighton aż roi się od różnych wątków. Od trudnych relacji rodzinnych i prawdziwej męskiej przyjaźni. Poprzez porachunki mafijne, narkotyki i hazard. Aż po sportretowanie biedy i wszechobecnego marazmu, napięć na tle rasowym czy też po przywołanie echa pedofilii w kościele (główny bohater pracuje w „Boston Globe” – redakcję tę i aferę pedofilską przybliża oscarowy film pt. Spootlight).

Interesujące i zaskakujące w tej książce jest również to, że chociaż mamy do czynienia z mrocznym, brudnym i brutalnym (trup ściele się gęsto) światem, który wydaje się zdominowany przez silnych mężczyzn, tak z czasem okazuje się że to tylko pozory. Otóż w Brighton dzielą i rządzą sprytne oraz bezwzględne kobiety. Wyborny kryminał.

Karim Miské – Arab Jazz



Wydawnictwo Claroscuro, przełożyła Gabriela Hałat, 406 str.

Pierwsze zdanie: Ahmed wpatruje się w chmury na niebie, obłoki, które płyną, tam wysoko, cudowne obłoki.

Zdarzają się wśród kryminałów też takie tytuły, które niosą za sobą dużo więcej niż relaks i rozrywkę czy wielowymiarowość. Do tej wąskiej grupy zalicza się z pewnością Arab Jazz Karima Miskégo. Nie chcę wyjść na snoba, więc nie napiszę, że to kryminał dla inteligentów, ale jest to rzeczywiście ambitna i wymagająca rzecz – gęsta, jeśli chodzi o samą treść, i pełna pobocznych znaczeń (nie widziałem jeszcze w żadnym kryminale tylu przypisów). Momentami też poetycka czy taka wręcz artystyczna (liczne odwołania do kultury, m.in. konkretne wskazania literackie, filmowe i muzyczne – na końcu książki znajduje się nawet playlista), co w tym gatunku też nie zdarza się często. Zresztą tytuł Arab Jazz nawiązuje do przywoływanej w treści, jednej ze sztandarowych powieści Jamesa Ellroya, należącej do tzw. Kwartetu LA, pt. White Jazz (w języku polskim powieść ukazała się pt. Biała gorączka).

W Arab Jazz kołem zamachowym fabuły jest rytualne morderstwo, które odkrywa cierpiący na przewlekłą depresję i nałogowo zaczytujący się kryminałami Ahmed, francuz o arabskich korzeniach. Ginie Laura, jego sąsiadka. Sprawę tę będzie starała się rozwiązać intrygująca para detektywów – aszkenazyjska Żydówka Rachel Kupferstein i syn bretońskiego komunisty Jean Camelot. Ale także sam Ahmed. Nie bez powodu podaję, kto ma jakie korzenie, bo to rzecz bardzo ważna dla tej powieści.

Jej akcja dzieje się bowiem w Paryżu w 19. dzielnicy, zamieszkiwanej przez wieloetniczne środowiska. W tej pokręconej historii o wielu wątkach (w której akcja przenosić się będzie w retrospekcjach do Nowego Jorku) główne role odegrają fanatycy religijni – muzułmańscy i żydowscy fundamentaliści, głównie salafici, ale także świadkowie Jehowy. Jest to więc nie tylko kryminał noir. To także książka przybliżająca, oczywiście w pewnym stopniu, te religie oraz religijno-polityczne ruchy reformatorskie. Bardzo aktualna opowieść dotykająca problemów z tożsamością czy dyskryminacji rasowej. Inny, już mniej wyeksponowany wątek, to ścieranie się, wspomnianych już uczciwych i dobrze wykształconych policjantów (socjologia i filmoznawstwo) z tymi cwanymi – przekupnymi i bezwzględnymi, gorszymi nawet od pospolitych przestępców. Będą tu również opisane sny na jawie i narkotyczne wizje Ahmeda. Pojawi się też, jako istotna część fabuły, nieco tajemniczy i bardzo mocny narkotyk o nazwie Godzwill.

Wróćmy jeszcze do wątku kryminalnego – wymyślonej przez autora intrydze nie można nic zarzucić do samego końca. Wszystko się tu ładnie zazębia w przekonującym finale. Jak dotąd jest to, obok Nie przysyłajcie mi kwiatów Martina Solaresa, najlepszy kryminał tego roku.
I jeszcze jedno - brawa za świetne tłumaczenie dla pani Gabrieli Hałat.


PS Poza wyróżnioną wyżej trójką, przypominam również o ostatniej części z serii Jo Nesbø o Harrym Hole pt. Pragnienie – jeśli ktoś jej jeszcze nie czytał, niech czym prędzej nadrabia zaległości, bo to kapitalna książka jest. Nie zachęcam za to do lektury Bezsilnych Kati Hiekkapelto, który to kryminał – choć posiada mocno rozbudowany wątek społeczny, co akurat doceniam – okrutnie mnie wynudził.

A poniżej zestaw kryminałów, który zamierzam zabrać na swój urlop:

Trwa ładowanie komentarzy...