Co czytać podczas wakacji? cz. II

... czyli czas na reportaże

Wolfgang Bauer – Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki



Wydawnictwo Czarne, przełożyła Elżbieta Kalinowska, zdjęcia Andy Spyra, 174 str.

Pierwsze zdanie: Las, który stał się postrachem nowoczesnego państwa, jest mroczny i prawie nie do przejścia.

Porwane to niewielkich rozmiarów reportaż, który zrobił na mnie duże wrażenie. Podobnie jak kilka lat temu jedna z części tryptyku Jeana Hatzfelda o ludobójstwie w Rwandzie pt. Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy. Co prawda wiele te książki różni, ale zarówno jedna, jaki i druga oparte są przede wszystkim na wstrząsających relacjach ocalonych. U Bauera, niemieckiego reportera wojennego, składają je nastoletnie dziewczęta oraz kobiety, którym udało się zbiec z obozów tajemniczej i mało znanej, islamskiej organizacji terrorystycznej Boko Haram.

Nigeria. Kwiecień 2014 r. Z internatu szkoły w mieście Chibok bojownicy Boko Haram porywają 276 uczennic i tym samym trafiają na czołówki serwisów informacyjnych. Wreszcie cały świat dowiaduje się o istnieniu takiego ugrupowania. Po postraszeniu ewentualną interwencją zbrojną Amerykanów i głośnej akcji w mediach społecznościowych, nawołującej do uwolnienia porwanych, zainteresowanie grupą zamiera. Wszystko wraca do normy. Bojownicy, dowodzeni przez fanatycznego szaleńca Abubakara Shekau, mogą spokojnie działać dalej. Podbijać i zajmować kolejne terytoria w Nigerii. W sposób wybitnie okrutny mordować mężczyzn i chłopców oraz porywać kobiety. Te ostatnie w bardzo konkretnych celach – są wykorzystywane do ciężkiej pracy, szkoli się je na zamachowców-samobójców. Przede wszystkim mają jednak rodzić dzieci, które wkrótce zasilą szeregi organizacji, dążącej do utworzenia własnego kalifatu.

Bauer z jednej strony przedstawia właśnie historię powstania i działalności Boko Haram oraz sytuację polityczną w Nigerii, a z drugiej oddaje głos ocalonym z niewoli kobietom. Te relacje, przekazane jeden do jednego, bez żadnego komentarza, wypełniają przemoc, gwałty, poniżanie, brutalne i nieludzkiego traktowanie. A najgorsze jest to, że po ucieczce z tego piekła kobiety, często w ciąży lub też z urodzonymi w niewoli dziećmi, nie tylko nie mają jakiegokolwiek wsparcia, czy to od rządu czy lokalnej społeczności, lecz także są traktowane z wielką podejrzliwością a nawet pogardą. Pozostawione same sobie. Ten przeraźliwie smutny, oszczędnie napisany reportaż uzupełniają piękne zdjęcia portretowe autorstwa Andy’ego Spyry.

Jarosław Mikołajewski – Terremoto



Wydawnictwo Dowody Na Istnienie, 133 str.

Pierwsze zdanie: Nie tak miała wyglądać ta podróż.

Mikołajewski znów opisuje Włochy. W udanym Wielkim przypływie zajął się wyspą Lampedusą i jej mieszkańcami, w chyba jeszcze lepszym Terremoto pojechał do Nursji i Amatrice, które ucierpiały po ubiegłorocznych trzęsieniach ziemi. Mając za przewodnika Lucę Cariego z tamtejszej straży pożarnej, odwiedza najbardziej zrujnowane, opustoszałe miasteczka. Nieśmiało podgląda, jak wygląda rzeczywistość po kataklizmie. Jak wyszli z niego mieszkańcy, którzy choć zachowali życie, stracili cały jego dorobek. Obserwuje najbliższych, sąsiadów. Czy jakoś sobie radzą? Czy też pogrążają się w traumie? Chodzi, dokumentuje, rozmyśla. Odnosząc się do tego, co widzi, zastanawia się nad kilkoma najważniejszymi sprawami. Takimi jak człowieczeństwo, cierpienie. Ale także nad istotą wiary czy istnieniem Boga. Próbuje znaleźć odpowiedzi na nurtujące go w tych nieco apokaliptycznych sceneriach, bardzo konkretne pytania. Czy je znajduje?

Mikołajewski znów okazuje się autorem niezwykle wrażliwym, przenikliwym, tak zwyczajnie i po ludzku mądrym. Wszystkie swoje spostrzeżenia, wątpliwości, rozterki i pytania zapisuje przy pomocy poetyckiego, delikatnego i wysmakowanego – miejscami opierającego się na niedopowiedzeniach, a jednocześnie przecież dosłownego i precyzyjnego – języka.

Accumoli wygląda z szosy jak gniazdo zięby splądrowane przez kruki. Widok jest bolesny. Dalekie Góry Sabińskie, wiosenne u podnóży i wciąż ośnieżone na szczytach, irytują ostentacyjną, świętoszkowatą czystością.

Autor serwuje czytelnikowi to, w czym jest wśród rodzimych reporterów najlepszy – kolejny poruszający reportaż liryczny. Taki, który w minimalistycznej formie zawiera maksimum treści. I taki, który przekonuje do siebie formą, wzrusza i zmusza do myślenia. Mała, duża rzecz.

Aleksandra Lipczak – Ludzie z Placu Słońca



Wydawnictwo Dowody Na Istnienie, 245 str.

Pierwsze zdanie: Jest późne lato.

Kolejny w tym zestawieniu niezbyt obszerny reportaż, który prezentuje niezwykle bogatą treść. W dodatku bardzo interesującą, wielowymiarową, opartą na konkretnej, dobrze udokumentowanej wiedzy. Czuć wyraźnie, że autorka, mieszkająca kilka lat w kraju, który postanowiła sportretować, porządnie weń się wgryzła, a nie tylko odbyła okolicznościowy tour przed napisaniem książki. Właśnie, jest to też reportaż kapitalnie napisany. Przeważnie przy pomocy krótkich, rytmicznych fraz. Momentami intrygującym i nieco eksperymentalnym (dłuższe teksty przeplatają się z miniaturami czy nagłówkami z gazet, zróżnicowane są też formy opowiadania poszczególnych historii, jak i różnorodny ich wydźwięk – od smutnego po humorystyczny), ale zawsze dopracowanym, ładnym, literackim stylem. Takim, który bardzo wciąga. Kompletnie nie rozumiem więc zarzutów niektórych recenzentów, dotyczących właśnie nadmiernej literackości tekstów, składających się na tę książkę. To przecież jeden z jej głównych atutów! Nic nie cieszy bowiem tak, jak ciekawe treści podane przy pomocy dobrego stylu i w dopieszczonej acz niesztampowej formie.

W całym kraju wykwitły ronda. Dziesiątki, setki, tysiące rond. Ronda matki, pączkujące w mniejsze rondka, ronda sado-maso, które z perspektywy ptaka przypominają lubieżne twarze w skórzanych maskach, ronda giganty, na których zmieściłby się cały stadion Bernabeu. Ronda dzieła sztuki z dinozaurami, pawiami, w kształcie gigantycznej szynki albo wielkiego lodowca.

Książka Lipczak poświęcona jest Hiszpanii. Najważniejszym współczesnym problemom tego kraju. Przede wszystkim ogromnemu bezrobociu i kryzysowi, który spowodował, że setki tysięcy ludzi nie miały z czego spłacać kredytów bankom. Masowym eksmisjom, bankructwom, kryzysowi demograficznemu, migracji, pustoszeniu terenów wiejskich, nietrafionym inwestycjom infrastrukturalnym, zacieraniu śladów arabskiej i żydowskiej przeszłości czy ogólnemu brakowi perspektyw. Poznajemy także najistotniejsze uwarunkowania historyczne, które nie pozostały bez wpływu na to gospodarcze tąpnięcie sprzed zaledwie kilku lat. Jest więc mowa o reżimie Franco, wojnie domowej oraz sytuacji kobiet pozbawionych podstawowych praw. Albo o ekshumacjach szczątków ludzi zamordowanych podczas dyktatury – dodam, że wykonywanych na własną rękę.

Lipczak przybliża także barwne i nietuzinkowe postaci. Prostego mężczyznę pracującego w kanałach, który stał się jednym z największych deweloperów w kraju czy tego zdeterminowanego pana, którzy przez trzydzieści lat ukrywał się przed reżimem wspomnianego Franco. Występuje tu Ada Colau, przebojowa burmistrzyni Barcelony, jedna z założycielek organizacji działającej na rzecz praw lokatorów i występującej przeciwko eksmisjom. Jest Pedro Almodovar. Jest i kobieta macho.

Doprawdy ciężko się od tych barwnych postaci, interesujących historii i poszczególnych, świetnych tekstów oderwać. Z kolei już po lekturze Ludzi z Placu Słońca trudno uwierzyć, że to debiut. Czytajcie więc Lipczak i miejcie na nią oko.
Trwa ładowanie komentarzy...