Co czytać podczas wakacji? cz. IV

… czyli odcinek dla wielbicieli short story

Chuck Palahniuk – Zmyśl coś



Wydawnictwo Niebieska Studnia, przełożyły: Elżbieta Gałązka-Salamon, Agata Napiórkowska i Klaudia Stępień, 351 str.

Pierwsze zdanie: Mój staruszek ze wszystkiego stroi sobie żarty.

Zmyśl coś to pierwszy pełnoprawny zbiór opowiadań (Opętani to jednak bardziej powieść) znanego amerykańskiego pisarza. Znajdują się w nim 23 teksty stworzone w różnych latach, te bliżej nieznane oraz publikowane już w przeróżnych miejscach (m.in. w magazynie Playboy). I choć da się odczuć pewną różnorodność zebranych tu opowiadań, zwłaszcza jeśli chodzi o styl – część z nich to bardzo proste, życiowe historyjki, ale występują tu także te mocno pokręcone, odjechane i nierealne – to paradoksalnie otrzymujemy zwarty tom na dobrym poziomie.

Palahniuk, który jak wiadomo w swych powieściach lubi szokować, balansując często na granicy dobrego smaku, zwłaszcza jeśli chodzi o tematykę, tu też nie omieszkał zaprezentować kilku tekstów, które co wrażliwszych czytelników mogą postawić w stan osłupienia, zdegustować, lecz także wywołać gęsią skórkę na ciele. I tak znajdziemy m.in. story pt. Kanibal, o nieakceptowanym, upośledzonym nastolatku, którego rówieśnice wykorzystują do seksualnych celów; nieco horrorowatego Księcia Ropucha o chłopaku, który w specyficzny sposób powiększył sobie penisa do monstrualnych rozmiarów; Zombiaki, w których uczniowie przy pomocy defibrylatora cofają się w rozwoju czy Tunel miłości, gdzie masażysta przynosi ostateczną ulgę konającym pacjentom. Tak, to nie jest książka dla wszystkich. Raczej dla wybranych. Zresztą z Palahniukiem chyba już tak jest, że albo się go lubi i akceptuje, albo szczerze nie cierpi i krytykuje.

Ja przy Zmyśl coś nie tylko świetnie się bawiłem, podziwiając zwłaszcza niczym nieograniczoną wyobraźnię autora i sposób, w jaki pod płaszczykiem lekkiej fantastyki, satyry, horroru, seksu czy kryminału, w przewrotnych i prowokujących tekstach portretuje współczesny świat, pełen mniej lub bardziej złożonych problemów: wzajemnych nieporozumień, samotności, nieprzystosowania. Docenić trzeba także jego specyficzny humor (np. w Tych sprawach ojciec uświadamia syna na temat seksu, opowiadając mu, jak spółkował z jego matką w kinie samochodowym i do czego to doprowadziło), ale także fakt, że np. w z pozoru zabawnym początkowo tekście, jakim jest otwierający zbiór Puk Puk, potrafi czytelnika nie tylko rozśmieszyć, ale i szczerze wzruszyć. Albo zastosować taką przekonującą przewrotność, jak w Dlaczego Kojot nigdy nie miał kasy na parking, w którym główny bohater, korzystając z usług prostytutki, jednocześnie zbliża się do własnej żony i ratuje związek.

W opowiadaniach zatem Palahniuk również szokuje, pisze ostro, bez hamulców, przy użyciu dosadnego, kolokwialnego języka. Ale nie jest to wyłącznie rodzaj kuriozalnej rozrywki dla nieschematycznego odbiorcy. On bawi, śmieszy i zniesmacza po coś. Po to chociażby, żebyśmy się zastanowili nie tylko nad tym co widzimy dookoła, lecz także nad samym sobą.


Alistair MacLeod – Utracony dar słonej krwi



Wydawnictwo Wiatr Od Morza, przełożył Michał Alenowicz, 242 str.
Pierwsze zdanie: Pamiętam, że matka powiedziała stanowczo: – Będzie go trzeba po prostu sprzedać.

MacLeod to dotychczas nieznany w Polsce autor, uważany w swojej ojczyźnie, Kanadzie, za jednego z najwybitniejszych twórców XX wieku, a zwłaszcza za mistrza opowiadań. Gdy dotrze się do wiadomości, że napisał ich zaledwie 17 (oraz jedną powieść), może się ta opinia wydawać trochę dziwna. Myślę jednak, że po lekturze siedmiu krótkich form literackich zebranych w tym tomie, nikt już nie będzie miał w związku z nią żadnych wątpliwości.

Podobnie jak u innego nieznanego do niedawna kanadyjskiego pisarza, którego twórczość przybliżyło nam także Wydawnictwo Wiatr Od Morza, Michaela Crummeya, akcja opowiadań MacLeoda toczy się w Nowej Fundlandii oraz Nowej Szkocji, z naciskiem na wyspę Cape Breton, którą zamieszkiwał sam autor. Mamy lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte XX wieku, a Kanadyjczyk opisuje życie tamtejszych górników i rybaków, skupiając się przede wszystkim na powolnym zmierzchu starego świata i ostatnich próbach konfrontacji z nadchodzącą nieubłaganie nowoczesnością.

Określenie „akcja” w stosunku do tych tekstów jest troszkę na wyrost, bo tak naprawdę nie dzieje się tu zbyt wiele. Ot np. rodzina postanawia sprzedać starego konia. Przez trzy czwarte opowiadania jakiś młody chłopak gra na pieniądze w bilard. Inny zamierza wyprowadzić się z domu. Ktoś po kilku latach wraca do rodzinnego domu, by pochwalić się wnukiem. Jakby tego było mało, wszystko toczy się jakoś tak niespiesznie, żeby nie napisać bardzo wolno. I jeszcze dialogów mamy mało, za to sporo opisów przyrody. Czemu zatem polecam tę książkę? Bo te siedem opowiadań zostało napisanych w taki sposób, że te wszystkie pozorne wady od razu stają się zaletami.

Aby się o tym przekonać, wystarczy przeczytać zwyczajnie piękny tekst otwierający ten zbiór. W Na jesieni rzeczywiście tylko sprzedają starego konia, ale przedstawienie tego, co dzieje się wokół tej transakcji między członkami rodziny, a co relacjonuje nastoletni syn, to doprawdy prawdziwe mistrzostwo. Tu aż roi się od podtekstów i wprost kipi od skrywanych, silnych emocji, czego wyrazem będzie sam finał, w którym najmłodszy z synów w stanie furii a jednocześnie wielkiej rozpaczy zatłucze siekierą… Nie będę pisał dalej – to po prostu trzeba przeczytać. Wybitnie smutna oraz wzruszająca opowieść.

Podobnych, ujmujących nostalgicznym nastrojem, uniwersalnych w swej wymowie, a przede wszystkim świetnie napisanych jest jeszcze sześć. Największą zaletą pisarstwa MacLeoda, obok przekonująco oddanej codzienności ludzi zamieszkujących tamte regiony, na którą składają się ciężka fizyczna praca, zmaganie się z surową naturą oraz wspomniane już ścieranie się tradycji ze współczesnością (a co za tym idzie młodych ze starymi), jest misterna konstrukcja tych tekstów. Dopieszczony, bardzo plastyczny styl, jakim zostały napisane. Co rusz, natknąć się tu można na kolejne wspaniałe, rozbudowane acz płynne opisy przyrody, pełne ładnych metafor i porównań. Dla przykładu fragment opowiadania tytułowego:

W górze krążą i wydzierają się mewy, białe jak kość słoniowa, tak samo unurzane w nieskazitelności słońca, w czystym, świeżo opłukanym powietrzu. Co jakiś czas ześlizgują się ku niebieskozielonym wodom zatoki, skrzecząc i wybierając z nich to, co najlepsze; czasami niemalże stawiają na powierzchni różowe, opiętą błoną łapy, jakby miały zamiar chodzić po wodzie, pompatycznie bijąc skrzydłami o pierś niczym przerośnięci atleci, którzy właśnie pokończyli swoje kursy kulturystyki.

I choć proza ta jest też dość sentymentalna w swym wydźwięku, to nie zmienia to faktu, że czyta się ją wspaniale. Literatura wysokich lotów zawsze się obroni.

Wells Tower – Ruiny i zgliszcza



Wydawnictwo Karakter, przełożył Michał Kłobukowski, 272 str.

Pierwsze zdanie: Bob Munroe obudził się, leżąc twarzą w dół.

Już w ubiegłym roku można było odczuć, że coś drgnęło w temacie zbiorów opowiadań, których według obiegowej opinii się nie wydaje, bo nikt nie chce ich czytać i się nie sprzedają – wydawnictwa stawiają bowiem głównie na coraz grubsze powieści. I tak ukazał się przecież świetny tom krótkich form autorstwa George’a Saundersa pt. 10 grudnia, udane W drodze nad Morze Żółte Nica Pizzolatto czy Drugi pocałunek Gity Danon Miljenki Jergovicia.
Za to w roku bieżącym można już pisać o prawdziwym wysypie short story. Oczywiście jak na realia polskiego rynku. Poza wspomnianymi wyżej dwoma zbiorami czy opisanymi przeze mnie na blogu Rejwachem Grynberga, Pana wszystkich krów Dybczaka, Syrenami z Broadmoor Krasnowolskiego, fantastycznym zbiorem To, co utraciłyśmy w ogniu Enriquez albo debiutem Grzegorza Bogdała pt. Floryda, był przecież jeszcze dobry drugi tom Macieja Miłkowskiego pt. Drugie spotkanie, a na półce wciąż czeka na mnie choćby zbiór opowiadań Krzysztofa Vargi. I choć, jak widać, konkurencja jest duża, tak pierwsze miejsce na pudle na tę chwilę przyznałbym debiutowi Wellsa Towera.

Ostatni raz zachwycił i podobnie mocno przemówił do mnie zbiorek O czym mówimy kiedy mówimy o miłości Raymonda Carvera. Zresztą w Ruinach i zgliszczach czuć echa twórczości tego pisarza. Tower podobnie do Carvera zajmuje się bowiem głównie Ameryką B, czyniąc bohaterami swoich opowiadań postaci, które można by określić mianem normalsów i szaraków. W dodatku takich, którym się jeszcze nie za bardzo udało. To często osoby samotne, zrezygnowane, rozgoryczone, skrywające jakieś dramaty, popełniające błędy, mające różne słabości i problemy, nie radzące sobie w kontaktach z innymi oraz w ogóle w życiu, którym zazwyczaj są mocno rozczarowani. Autor przedstawia ich zwyczajne życie, z pozoru nudną codzienność, jakieś mało istotne wydarzenia. Tyle tylko, że u niego, znów podobnie do Carvera, to co najistotniejsze dla tych opowieści dzieje się jakby na drugim planie. Gdzieś poza podstawową akcją. Tu nie mówi się o emocjach wprost, je się zawsze tłumi. Stąd ten duszny, gęstniejący, momentami nawet przygnębiający klimat.

Tower potrafi jednak przełamać ciężki nastrój, stosując ironię, czarny humor i skręcając w tragikomedię czy lekki absurd. To go z kolei różni od Carvera, którego cechowała raczej powaga i bycie bardzo serio do samego końca. U niego nie znaleźlibyśmy takiego fragmentu, jak w fenomenalnym opowiadaniu tytułowym, jedynym nietoczącym się współcześnie, tylko w czasach… wikingów (!), w którym główny bohater mówi o swoim znajomym:

Nie był zanadto wojowniczy, tak jak i ja nie byłem. Ale wariował za żeglugą. Pływałby z chałupy do sracza, gdyby ktoś wymyślił statek z dziobem zdatnym do cięcia ziemi.

I dalej. U Carvera dialogi są nie tylko bardzo lakoniczne ale i mocno szczątkowe. U Towera przeciwnie – rozbudowane, błyskotliwe, momentami skrzące się od dosadnego języka i dowcipu. Jak choćby w tekście pt. Samotnia o dwóch braciach, których łączą szczególne stosunki:

- Może sobie popłacz, Stephen - podsunąłem. - Może ci się poprawi, jak dostaniesz porządnego odpału.
W teatralny sposób siąknąłem parę racy nosem, a Stephen posiniał.
– Dobra skurwysynu, zrywam się stąd – oświadczył zachrypniętym z wściekłości głosem. – Wycieczka udała się nad podziw. Miło było się przekonać, że jesteś wciąż tym samym pierdolonym kutafonem, Matty. Musimy jeszcze kiedyś powtórzyć tę imprezę, ty fiucie.
Zarzucił torbę na ramię i pomaszerował w stronę lotniska, kipiąc złością. Z tą swoją małą główką i butach tak przemoczonych, że aż chlupotało, wyglądał jak zabłąkane kaczątko w napadzie furii.
Poczułem raptowny przypływ znajomej satysfakcji. Dogoniłem truchcikiem Stephena i ściągnąłem mu z ramienia torbę. Kiedy się odwrócił, mocno go uściskałem i pocałowałem w czoło.
- Odwal się - warknął.
- A co to za mały złośniczek? - spytałem. - No kto to się tak złości?
- Ja się złoszczę, a ty jesteś kompletnie pojebany skurwiel.


Obu pisarzy łączy natomiast podobny, dopracowany, skupiony na detalu i wyrafinowany styl pisania. Powściągliwy, a nawet prosty, ale zarazem intensywny, bo bardzo konkretny. Od razu trzeba jednak zaznaczyć, że ten Towera nie jest aż tak minimalistyczny jak Carvera.
Autor Ruin i zgliszcz nie tylko ma rękę do kapitalnych pojedynczych zdań:

Jeff Park je swoją kurzą nogę samotnie, siedząc w pawilonie rolniczym, wśród woni owsa i melodyjnych lamentów konkursowego bydła.

Czy udanych porównań:

Jest wysoki, tuż po trzydziestce, ale jego twarz wygląda jak papierowa torba sprasowana brudną dłonią.

Potrafi także zaskoczyć czymś naprawdę oryginalnym lub jak kto woli – lekko od czapy:

Kot coś jej przyniósł: gołębie pisklę, wykradzione z gniazda i zmaltretowane, leżało udrapowane na poduszce. Było różowe, prawie przezroczyste, z policzkami w odcieniu fuksji i lawendowymi obwódkami wokół oczu. Wyglądało jak niedogotowana gumka do ołówków, marząca o karierze prostytutki.

[i]Ruiny i zgliszcza
to smutne, gorzkie, mądre, ale też momentami bardzo zabawne dziewięć opowiadań. Wielowymiarowych, życiowych – zmuszają do refleksji i zapadają w pamięć. Jak to wspomniane już tytułowe, Lampart o skomplikowanych stosunkach między nastolatkiem a jego ojczymem czy chociażby Drzwi w twoim oku, w których starszy pan na wózku inwalidzkim spędza czas na podglądaniu sąsiadki.

Zdecydowanie jedna z najlepszych książek tego roku. Dodam jeszcze, że wybornie przetłumaczona przez Michała Kłobukowskiego.
Trwa ładowanie komentarzy...