O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Co czytać podczas wakacji? cz. V

… czyli na koniec proza polska

W miarę możliwości staram się na blogu szczególnie kibicować: zbiorom opowiadań (bo uwielbiam krótkie formy literackie), małym wydawnictwom (bo ciężko im się przebić na rynku opanowanym przez gigantów, a są na nim niezbędne) i rodzimym debiutantom (z nimi jest dokładnie tak jak z małymi wydawnictwami). I tak proponuję w tym zestawieniu dwa całkiem udane debiuty (pierwszy bardziej, drugi ciut mniej) z dwóch niedużych wydawnictw, które to książki dodatkowo łączy nurt wiejski i ładne okładki.

Weronika Gogola – Po trochu



Wydawnictwo Książkowe Klimaty, 175 str.

Pierwsze zdanie: W Olszynach biją w dzwony z różnych powodów.

Olszyny z powyższego pierwszego zdania naprawdę istnieją. To mała wioska na Podgórzu Karpackim, niedaleko Tarnowa. Mieszka w niej autorka Po trochu. W największym skrócie książka ta dotyczy spędzonego w tym miejscu jej dzieciństwa, które przypadło na szalone lata 90. A jak się okazuje, była to kraina oraz czas iście magiczne i bajkowe. I jak to w bajkach bywa, wypełniają ją różne zwykłe bądź niesamowite zdarzenia, nie tylko te zabawne, lecz także smutne. Poza tym kwitnie wyobraźnia. Rozpalają się marzenia. Rodzą przyjaźnie i uczucia. Kiełkuje seksualność. O tym wszystkim Gogola pisze z dużym wdziękiem i humorem, żywiołowo oraz intuicyjnie, a przede wszystkim bezpretensjonalnie. Autentycznie. To taka przekonująca i momentami wręcz urocza opowieść wrażliwego i bardzo szczerego dziecka.

Ale to nie wszystko. Autorka rozpoczyna swój debiut dwunastozwrotkową pieśnią żałobną. Dwanaście jest też w nim rozdziałów, a w każdym czai się śmierć. Jest to bowiem w dużej mierze także minipowieść o jej oswajaniu. Z jednej strony więc beztroskie dzieciństwo, skomplikowane dojrzewanie, słodko-gorzkie historie rodzinne i pogoń za życiem, za całą jego pełnią. Z drugiej, jako pewnego rodzaju przeciwwaga, śmierć. Giną tu zwierzęta, znani bohaterce ludzie (sąsiedzi, koledzy, dalsi krewni), a także członkowie najbliższej rodziny. Nad tymi ostatnimi ciąży tajemnicza klątwa:

Dziadek umarł jak każdy Gogola. Jak połowa jego braci. Przychodzi pięćdziesiątka. Gogole stoją albo siedzą i z niczego nic, nagle przewracają się i umierają. Zawsze w pracy. (…) Tak już mają ci Gogole. Stoją i umierają. Kobiety umierają ze starości. Normalnie. Ale chłopy, nie wiedzieć czemu, szybko i z niczego nic.

Dobrze jest też ta książka napisana. Styl udanie odzwierciedla opowieść, jaką zafundować może dziecko. Zdania są krótkie i proste. Narracja bardzo dynamiczna, potoczysta i chaotyczna. Wątki gubią się, by po chwili się odnajdywać, albo i nie. Mimo tego bardzo dobrze się to czyta. I choć pod koniec książki, gdy narratorka z dziecka przeistacza się już w dojrzałą dziewczynę, tempo opowieści nieco siada, a bohaterka nie jest już tak przekonująca, to i tak odbieram Po trochu jako fajny i udany debiut.


Konrad Janczura – Przemytnicy



Korporacja Ha!art, 157 str.

Pierwsze zdanie: Jechali prosto z Korczowej.

Akcja Przemytników, debiutanckiej powieści Konrada Janczury, toczy się nie tak wcale daleko od Olszyn Gogoli, bo na północnym Podkarpaciu. W okolicach Lubaczowa i przejścia granicznego z Ukrainą w Korczowej. Bohaterami jest tu dwóch dwudziestokilkuletnich chłopaków – Fery i kilka lat młodszy od niego Zola. Obaj pracują dla miejscowego mafiosa Senseja, przewożąc kontrabandę z Ukrainy (głównie artykuły spożywcze, choć z czasem pojawi się też zlecenie przeszmuglowania broni). Właśnie. W opisie wydawnictwa reklamującym tę książkę pojawia się hasło „thriller o prowincjonalnej mafii”. I jest to totalne nieporozumienie, bo na próżno szukać tu jakiejkolwiek akcji. Z napięciem też jest cieniutko. Prawdą jest natomiast dalsza część zapowiedzi, że to „obraz podkarpackiej prowincji – anarchicznej i niechętnej obcym”. I tak należy tę książkę traktować.

To podkarpackie pogranicze Janczura sportretował bardzo udanie, ale zupełnie inaczej niż Gogola swe Olszyny. Tam mieliśmy prawie idylliczny obraz wsi, tu mamy przygnębiającą beznadzieję, banalność i bylejakość.

Wioski tu są, jakby je ktoś w komputerze skopiował. Kwadratowe murowańce, gdzieniegdzie stare chaty. I w każdej kościół, a co jeden to brzydszy. Żaden badacz pierwotnych wierzeń by tu nie przeżył ani chwili. Jakby nie te drewniane cerkwie, to by tu było tylko biedę widać albo jakieś takie szkaradne bogactwo. Majątki robotników z zagranicy, czy też tutejszych rządzących. W sumie jedno i to samo.

W tym miejscu, dawnym kawałku Wołynia, wciąż czuje się podskórne napięcie w kontaktach polsko-ukraińskich. Ukraińców nazywa się pogardliwie szoszonami i traktuje z wyższością, ale także podejrzliwie. To głuche, prawie puste (kto mógł, uciekł do większych miast lub zagranicę) i zastygnięte w sobie peryferia Polski, gdzie tylko pogłębia się rozpacz. Gdzie nie ma przyszłości.

Roboty to tu nie ma zbytnio, a jak jest, to na czarno. Na budowlance można zarobić albo kawałek dalej gdzieś jechać, przy tytoniu pomóc. Ale to tylko jak jest sezon. Tak to nie ma. Tu ino piją albo się biją z tymi obok.

Obaj bohaterowie na tej prowincji tkwią, za rozrywki mając wyłącznie picie wódki, palenie blantów, grille, wiejskie dyskoteki, bijatyki, gry komputerowe i fejsa. Jeszcze obaj się zakochują – Fery nieszczęśliwie, Zola z szansą na udany związek. Poza tym przeżywają coraz silniejsze egzystencjalne rozterki i próbują nie dać się do końca omotać Sensejowi. Nie za wiele więc się tu dzieje. Dopiero w samej końcówce wydarzenia nieco przyspieszają, a autor funduje nam nawet zaskakujący i dramatyczny finał.

Jest to debiut także stworzony przy pomocy nieskomplikowanego języka, krótkich zdań, dużej liczby wulgaryzmów i z klarowną narracją. Czyta się go szybko i płynnie. Pomijając nieprzekonujący wątek kryminalny, stwierdzam, że to bardzo prosta, ale całkiem niezła chłopacka historia osadzona w realiach Polski B. A ja lubię takie kameralne, swojskie i nieco mroczne opowieści. Nienachalny wątek miłosny, dobrze opisana męska przyjaźń i przede wszystkim ten gorzki, smutny oraz realistyczny portret dusznego wschodniego przygranicza, które nawet nie zamierza próbować nadążyć za Polską A, jest tym, co przemawia na jego korzyść.

Ziemowit Szczerek – Międzymorze



Wydawnictwo Agora, Wydawnictwo Czarne, 343 str.

Pierwsze zdanie: To był, obawiam się, Berlin.

Podobnie jak w Siódemce, w której autor w specyficzny sposób zajął się Polską oraz w Tatuażu z tryzubem, w którym portretował Ukrainę, w Międzymorzu Szczerek bierze na warsztat Europę Środkowo-Wschodnią. Tyle tylko, że tu, choć na początku sam podkreśla iż jest to książką podróżnicza, wyraźnie i mocno skręca w publicystykę polityczną. Międzymorze jest więc wypadkową tego gatunku udanie zmiksowanego z reportażem i literaturą podróżniczą.

Co do stylu, to każdy, kto zna pisarstwo tegoż twórcy, wie bardzo dobrze, czego można się po nim spodziewać – lekki, wyważony, ale gdy trzeba także mięsisty język, ironia, dobre poczucie humoru, bezpośredniość i szczerość, duży dystans do opisywanych zjawisk oraz samego siebie, umiejętne nawiązywanie do popkultury, a także snucie historii alternatywnych. To wszystko znajdziemy w tej książce, i jest to przysłowiowe sto procent Szczerka w Szczerku, będącego dodatkowo w wysokiej formie.

Autor, który od jakiegoś już czasu niestrudzenie eksploruje tereny Europy Środkowo-Wschodniej, zabiera czytelnika w podróż od Niemiec, poprzez Bałkany, Węgry, Rumunię, Turcję, Austrię, Ukrainę, Czechy i Słowację, byłe republiki nadbałtyckie, Finlandię i Rosję, aż po Polskę, w której kończy swą wędrówkę w Licheniu (mistrzowski ostatni rozdział będący czymś w rodzaju studium nad polskością). To, co czeka nas po drodze, to niestety pesymistyczny w swym ogólnym wydźwięku obraz tej części Starego Kontynentu, w trakcie dynamicznie zachodzących przemian. Coraz silniejsze ruchy nacjonalistyczne, coraz bardziej skuteczni populiści, narastanie poczucia niesprawiedliwości, kryzys demokracji, niechęć do Zachodu, coraz większe problemy Unii Europejskiej, fala imigrantów itp. itd. Szczerek przygląda się tym zjawiskom, stara się zgłębić ich genezę, poznać przyczyny ich rozwoju, nieustannie też analizuje.

W ogóle te wszystkie kraje biorące udział w buncie peryferii, w ignorowaniu albo odrzucaniu zachodnich reguł, można podzielić, myślę, prosto: na Kosowa i Irany. Irany są tam, gdzie następuje „wstawanie z kolan” i „powrót do własnych wartości”, jak na przykład w Rosji, na Węgrzech czy w Polsce. Ale razem z tym „powrotem” odcina się zachodnie wpływy i – jak na Węgrzech – tak czy owak kończy się „ukosowieniem”. Opadnięciem w o wiele niższe standardy, jeśli chodzi o transparentność przetargów, biznesu, działań polityków, działań urzędników, policjantów. Symptomy tego widać już również w Polsce.

Krytykuje to, co na krytykę zasługuje. Nie oszczędza żadnych państw i nacji, ale i samego siebie. Choćby za tę charakterystyczną polską mentalność, której ulega. Nie owija w bawełnę, pisze tak jak jest, szczerze i wprost.

Wszędzie, mówiłem, w Europie Środkowej, standardy były najwyższe, gdy szliśmy do Unii, bo się trzeba było sprzedać. Pokazać z najlepszej strony. Był kult ucywilizowania. Poszanowania. Prawa człowieka, takie rzeczy. Piękne, ale na pokaz. A potem wszystko wróciło w stare koleiny. Sobiepaństwo, bylejakość. Burdel i prawo kaduka.

Odnosi się oczywiście także do koncepcji tytułowego Międzymorza, odgrzanej niedawno idei utworzenia wspólnego bloku krajów, które razem byłyby w stanie przeciwstawić się Niemcom i Rosji. Tłumaczy dokładnie, dlaczego nic z tego pomysłu nie będzie.

Europa Środkowa, to nieszczęsne Międzymorze, jest miejscem gdzie etniczna idea najbardziej zwyrodniała i stała się swoją własną karykaturą. Każdy jest centrum świata. Każdy naród, choćby liczył kilka milionów mieszkańców, a historię musiał sobie domalowywać, dokręcać, dosztukowywać.

Przybliża kilka fikcyjnych krain europejskich funkcjonujących w literaturze i popkulturze, mierzy się ze stereotypami, zajmuje architekturą, przytacza niezliczone rozmowy (od intelektualistów po zwykłych ludzi), ciekawe spostrzeżenia, jakieś z pozoru nieistotne obrazki i migawki, które widzi z samochodu, dzieli się wiedzą, drąży, stawia pytania. Naprawdę dużo się tu dzieje.

Mądra książka. Warto po nią sięgnąć.
Trwa ładowanie komentarzy...