10 najlepszych książek I półrocza 2017 r.

… według Mikołaja Marszyckiego (żeby już nikt nie miał wątpliwości)

Po serii wakacyjnych poleceń czas na małe podsumowanie I półrocza 2017 roku. Do 30 czerwca przeczytałem równo 62 książki. Spośród nich wybrałem 10, które zrobiły na mnie największe wrażenie – bez żadnego podziału na gatunki itd.

Oto one (kolejność alfabetyczna):


Mariana Enriquez – To co utraciłyśmy w ogniu (Wydawnictwo Czarna Owca)
http://mikolajmarszycki.natemat.pl/204141,12-mocnych-opowiadan


Ben Fountain – Długi marsz w połowie meczu (Wydawnictwo Czarne)
http://mikolajmarszycki.natemat.pl/205237,komiczno-gorzka-satyra-na-ameryke


Jonathan Safran Foer – Oto jestem (Wydawnictwo WAB)
http://mikolajmarszycki.natemat.pl/211527,co-czytac-podczas-wakacji-cz-iii


Mikołaj Grynberg – Rejwach (Wydawnictwo Nisza)
http://mikolajmarszycki.natemat.pl/208171,opowiadaj-dalej-oby-tak-dalej


Stefan Hertmans – Głośniej niż śnieg (Wydawnictwo Marginesy)
http://mikolajmarszycki.natemat.pl/209279,co-jest-prawda-a-co-nie


Karim Miske – Arab Jazz (Wydawnictwo Claroscuro)
http://mikolajmarszycki.natemat.pl/210891,co-czytac-podczas-wakacji-cz-i


Martin Solares – Nie przysyłajcie kwiatów (Wydawnictwo WAB)
http://mikolajmarszycki.natemat.pl/199369,noir-do-kwadratu


Edward St Aubyn – Patrick Melrose (Wydawnictwo WAB)
http://mikolajmarszycki.natemat.pl/211527,co-czytac-podczas-wakacji-cz-iii


Wells Tower – Ruiny i zgliszcza (Wydawnictwo Karakter)
http://mikolajmarszycki.natemat.pl/212669,co-czytac-podczas-wakacji-cz-iv


Marcin Wicha – Rzeczy, których nie wyrzuciłem (Wydawnictwo Karakter)
O tej książce wszyscy napisali już wszystko, a ja od siebie dodam tylko tyle, że to rzecz bardzo czuła i piękna. Kapitalnie napisana. I do wielokrotnego użytku.



Na koniec obiecane książkowe rozczarowania pierwszych sześciu miesięcy tego roku. Co prawda na zdjęciu jest ich 5, ale tak naprawdę 6, bo jedną książkę już oddałem.



Kilka zdań o tej szóstce. Najpierw niewypały – o ostatniej książce Jerzego Pilcha Potrecie młodej wenecjanki i Oszpicynie Krzysztofa A. Zajasa - już na blogu pisałem. Tu http://mikolajmarszycki.natemat.pl/203595,trzy-szybkie-od-sasa-do-lasa i tu http://mikolajmarszycki.natemat.pl/208793,trzy-sensacyjne-ksiazki-w-tym-jeden-niewypal

Piotra Czerwińskiego cenię za jego debiutanckie Pokalanie i śledzę kolejne pozycje, które wypuszcza – jedne z nich są gorsze, inne lepsze. Zespół ojca należy do tych gorszych. W sumie trochę to dziwne bo przecież temat jest świetny (walka ojca o syna po rozpadzie rodziny), niestety autor go nie udźwignął. Zwłaszcza pierwsze pół książki jest bardzo słabe, a trochę lepsza część druga nie ratuje niestety całości. Powieść mająca być chwytającą za serce, a może i nawet wstrząsającą, okazała się jedynie nudną.

Totalnym nieporozumieniem są Zapiski podglądacza Gay’a Talese. Uznany i doceniany amerykański dziennikarz, jego pierwsza książka w Polsce, a tu taki gniot. I nie chodzi mi wyłącznie o podejrzenia co do wiarygodności tego tekstu, ale przede wszystkim o to, jak jest on słabo i płytko napisany. Porażka. Niech Państwo omijają z daleka.

Na koniec dwie książki, które są całkiem niezłe ale... No właśnie. Kolej podziemną Colsona Whiteheada przeczytałem z dużym zainteresowaniem (choć w miarę lektury słabnącym) i bez żadnej męki, bo to naprawdę przyzwoita powieść. Biorąc jednak pod uwagę ile zebrała nagród (i zbiera kolejne) i jaki jest wokół niej szum medialny, spodziewałem się zdecydowanie czegoś więcej. Najkrócej rzecz ujmując - bardzo ważny temat (niewolnictwo w Ameryce) przedstawiony został letnio i bez przekonania. Mnie ta książka w ogóle nie poruszyła, a przecież powinna. Przeczytałem. Czytało się fajnie. W przyszłym roku nie będę o niej pamiętał.

Podobnie jest z nową książką jednego z moich mistrzów kryminału, którym jest James Lee Burke. O jego Samotnym wędrowcu nie tyle że szybko zapomnę, co chciałbym zapomnieć jak najszybciej. Bo choć historię tę miłośnicy lekkich i łatwych czytadeł uznają pewnie za poprawną, a może nawet dobrą, tak porównując ją do serii o detektywie Dave Robicheaux, czy choćby wydanych w Polsce poprzednio Bogów deszczu, mamy tu spadek formy o kilka klas. Lee Burke szarpnął się na wielką powieść, której akcja toczy się na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Wyszła mu jedynie wystudiowana, naiwno-melodramatyczna opowiastka. Doczytałem do końca, ale Państwu szczerze odradzam, szkoda czasu.
Trwa ładowanie komentarzy...