O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Stary, dobry Rebus

... czyli kolejna część kryminalnej serii o inspektorze z Edynburga.

Ian Rankin – Nawet zdziczałe psy

Wydawnictwo Albatros, przełożył Andrzej Szulc, 462 str.

Pierwsze zdanie: Pasażer wysunął kasetę z odtwarzacza i cisnął ją na tylne siedzenie.

Mam na imię Mikołaj, 41 lat i jestem uzależniony od cyklu Iana Rankina o Johnie Rebusie. Zresztą nigdy tego nie ukrywałem. Z grubsza wygląda to tak, że czekam z utęsknieniem na kolejne części serii, a gdy te się pojawiają, rzucam wszystkie inne lektury i łapczywie czytam. W zasadzie pochłaniam. A gdy tylko przerzucę ostatnią stronę, znów czuję głód. Głód historii o Rebusie. I choć może się Państwu wydawać, że w związku z tak silnym nałogiem będę też ślepo polecał każdą kolejną książkę, na której okładce znajdują się dwa nazwiska na R, tak proszę mi uwierzyć na słowo, że Nawet zdziczałe psy to jeden z najlepszych Rebusów. Nie tylko spośród tych niewielu części od momentu, kiedy John przeszedł na emeryturę. To jedna z najlepszych w ogóle.

Owszem, na pierwszy rzut oka mamy tu wszystko to, co już dobrze znamy z innych tomów tego długiego cyklu. Rebus bez mała w pojedynkę rozwiązujący kolejną zagadkę kryminalną, stosujący nie zawsze zgodne z prawem i mało nowoczesne (bo głównie analityczne i oparte na rozmowach) metody. Towarzysząca mu tradycyjnie Siobhan Clarke, ale także Malcolm Fox – kiedyś w wydziale spraw wewnętrznych, teraz współpracujący i przyjaźniący się ze wspomnianą dwójką. Ba, powraca nawet Duży Ger Cafferty, znany jako śmiertelny wróg Rebusa, obecnie pozostający z nim w specyficznych relacjach emerytowany gangster. Notabene bardzo lubię tę postać i uważam, że odsłony serii, w których występuje, należą do najlepszych w całym cyklu. Po prostu obaj panowie są niczym yin i yang. Cudownie się uzupełniają, a iskrzące dialogi, które między sobą prowadzą, są po prostu klasą samą w sobie.

Poza dobrze znanymi postaciami, mamy oczywiście szkocki światek przestępczy (tym razem reprezentowany głównie przez bandziorów z Glasgow), Edynburg i jego puby, ze słynnym Oxford Bar na czele. Rebus nadal pali i nie stroni od whisky, choć na emeryturze nie przesadza już jak kiedyś. Są w końcu także nawiązania do muzyki rockowej sprzed lat, bo Rebus to przecież znany jej miłośnik i meloman (słucha muzyki głównie z winyli). Nutą przewodnią jest tym razem piosenka zespołu Associates pt. Even dogs in the wilde. Od niej zresztą pochodzi tytuł tej książki. Skoro jest tu tyle części składowych, które dobrze już znamy, to czemu jest to jedna z najlepszych odsłon całej serii?



Po pierwsze – intryga. Rankin zazwyczaj nie ma żadnego problemu z wymyślaniem zgrabnych historii kryminalnych, ale tym razem wspiął się na swoje wyżyny. Mamy tu bowiem trzy główne wątki, które kapitalnie, wiarygodnie i nienachalnie z czasem się ze sobą splątują. Najpierw ginie znany prawnik lord David Minton – zamordowany we własnym domu. Później ktoś strzela do Dużego Gera, ale chybia, a Duży początkowo udaje, że nic się nie stało. Ponieważ od Cafferty'ego czegokolwiek dowiedzieć się może jedynie Rebus, policja jako konsultanta włącza go do śledztwa. Jakby tego było mało, po jakimś czasie wychodzi na jaw, że Minton i Cafferty dostali tak samo brzmiące anonimowe listy z informacją – Zabiję cię za to, co zrobiłeś. Do tego jeszcze, akurat w tym samym czasie, do Edynburga przyjeżdża szef mafii z Glasgow, Joe Stark ze swoją świtą. Ta trzecia sprawa ma jeszcze swój podwątek, bo w szeregach gangsterów z Glasgow rzekomo działa policyjna wtyczka. Ale czy na pewno? Jak już wspomniałem wcześniej, ta imponująca całość sprawnie się zbiegnie, napięcie będzie rosło, a rozwiązanie całej zagadki okaże się tkwić w zamierzchłej przeszłości.

Po drugie, jak to też u Rankina zazwyczaj bywa, sprawna i przekonująca intryga kryminalna to nie wszystko. Musi być przecież jeszcze jakieś społeczne lub polityczne tło. Wcześniej mieliśmy już choćby szczyt G8, problem Brexitu, ale także bezrobocia, prostytutek z Bałkanów czy ciemnych machinacji przemysłu naftowego. W najświeższym tomie cyklu będą to z kolei skomplikowane sprawy rodzinne. I tu też występują trzy wątki, lekko nawet dotykające psychologii. Najbardziej rozbudowany dotyczy skomplikowanych relacji Malcolma Foxa i jego umierającego w hospicjum ojca. Drugi wiąże się z gangsterem Starkiem, twardą ręką, samotnie wychowującym syna, który to chce wysadzić ojca z siodła. Ostatni natomiast odnosi się do samego Rebusa i jego chłodnych oraz sporadycznych kontaktów z córką.

Po trzecie, każdy z nas jest w pewnej mierze taki sam jak inżynier Mamoń, który w kultowym Rejsie mówi, że najbardziej lubi te piosenki, które kiedyś już słyszał. Dlatego pewnie wciąż zachwyca mnie, i wielu innych fanów cyklu, jak sprawnie jest on napisany. Rankin do perfekcji dopracował już swój styl, stosując potoczystą, dynamiczną narrację, opartą w dużej mierze na świetnych, żywych i naturalnych dialogach. Bryluje w nich przede wszystkim Rebus ze swym specyficznym, ironicznym i czarnym poczuciem humoru.

– A zatem appletiser dla mojego kolegi i laphroaig dla mnie. – Rebus wskazał głową baterię butelek ze słodową whisky. – Właściwie może być podwójna.
– Pamiętasz, ile można mieć promili, prowadząc? – ostrzegł go Fox.
– Mam to wytatuowane na ramieniu.
– Z wodą czy z lodem, proszę pana? – zapytał barman.
– To pytanie do mnie czy do niego? – odparł Rebus.
Barman zrozumiał aluzję i zabrał się do dzieła.


Naprawdę nie ma się tu do czego przyczepić od pierwszej do ostatniej strony. To kryminał skonstruowany bez zarzutu, w starym, dobrym stylu, bez żadnych często występujących obecnie udziwnień (typu jakieś tajemnicze znaki, pozostawione części ciała, paranormalne historie itd). A dla mnie dodatkowym smaczkiem jest fakt, iż Rebus prowadząc śledztwo, trafia do malutkiego miasteczka Ulapool, które kiedyś sam odwiedziłem. I podobnie do Siobahn Clark zapamiętałem z niego pyszną rybę z frytkami oraz prom.

Aktualnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...