O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Upadek rodziny po czesku

… czyli o nieudanej adopcji, deficycie miłości i jeszcze kilku innych ważnych sprawach

Tereza Bouĉková – Rok koguta

Wydawnictwo Afera, przełożyła Olga Czernikow, 364 str.

Pierwsze zdanie: Sala szpitalna była nagrzana bardziej niż wszystkie ulice razem wzięte.

Nie będę ukrywał, że szczególnie cenię sobie te książki, które nie tylko pozostają bardzo bliskie tzw. prozie życia, lecz także w sposób na wskroś bezpośredni, i przez to często bolesny, ukazują jej codzienne trudy. Lubię zatem, kiedy literatura dosłownie łapie za twarz i jednocześnie, pogrywając na czułych strunach, zmusza do zmierzenia się z mocno osadzonym w rzeczywistości dramatem. A kiedy dochodzi do tego jeszcze kontrowersyjny czy też niewygodny temat – ale przedstawiony w sposób szczery, prawdziwy i wyważony, bez sztucznego podkręcania emocji – to już w ogóle jestem kontent. Może się to wydawać niektórym dziwne, ale tak już mam. I tak właśnie czułem się w trakcie czytania Roku Koguta oraz po jego lekturze. Bolało, nie powiem. Ale po to także są książki. A ta czeskiej autorki to kawał cholernie dobrej literatury.

Tereza Bouĉková, pisarka, scenarzystka i publicystka, jak również opozycjonistka (sygnatariuszka Karty 77) oraz córka jednego z najbardziej znanych w Czechach pisarzy i dramaturgów – Pavla Kohouta, nie mogąc zajść w ciążę, zaadoptowała z mężem dwóch romskich chłopców. Po adopcji małżeństwu urodził się jeszcze biologiczny syn. Mija kilkanaście lat. Chłopcy są tuż przed wkroczeniem w dorosłość. Rozpoczyna się tytułowy Rok Koguta (według chińskiego horoskopu okres między lutym 2005 a styczniem 2006 r.) i jednocześnie intymna opowieść Bouĉkovej.

To w zasadzie rodzaj zapisków jak z dziennika, w którym autorka nie tylko pisze o tym, co się wydarzyło, lecz także bez żadnych hamulców, w sposób wręcz ekshibicjonistyczny, analizuje swoje uczucia, najgłębsze przemyślenia czy wybory moralne. Opisuje własne życie, które znalazło się na ostrym zakręcie. A sytuacja w dużym skrócie przedstawia się następująco – przede wszystkim upadek rodziny. Dwaj adoptowani synowie systematycznie się staczają. Kradzieże, pijaństwo, narkotyki, ucieczki z domu, interwencje policji, sprawy w sądzie rodzinnym, poprawczak itd. Burzliwe i napięte są też relacje z mężem, który przestaje się interesować żoną, oddając się hobby, jakim jest jazda na rowerze. Mamy więc jeden wielki i nieustający festiwal drobnych sprzeczek, konkretnych awantur, a nawet rękoczynów. Do tego dochodzi totalna blokada twórcza i fatalne samopoczucie psychiczne – depresja, którą autorka próbuje zagłuszyć lekami. Jest więc również huśtawka nastrojów, od rozpaczy po silny gniew.



Bouĉková przeżywa kryzys psychiczny, przede wszystkim zdając sobie sprawę z faktu, że poległa jako matka. Poświeciła się przez kilkanaście lat trzem synom i dwóch z nich nie dała rady wychować. Czy tylko dlatego, że są pochodzenia romskiego? Czy to aby wyłącznie wina genów? Autorka udziela wywiadu (będzie go żałować), w którym szczerze porusza między innymi i ten temat. Przez większość zostanie okrzyknięta rasistką. Ale to nie wszystko. Jest też rozdarta wewnętrznie, bo z jednej strony pamięta, jak biedni byli chłopcy, gdy ich przygarnęła z mężem: nie reagowali na ludzki głos, wpadali w histerię, dostawali ataków paniki, drapali się do krwi, próbowali rozrywać sobie uszy. I w związku z tym pyta samą siebie retorycznie: Jak im nie współczuć? Jak ich nie kochać? A znowuż z drugiej strony wie, że nie może wciąż na nowo uświadamiać sobie, że chłopak którego przyjęliśmy do siebie jako jedenastomiesięczne dziecko, przy każdej okazji nas okrada, a potem je z nami przy wspólnym stole. Tak się nie da funkcjonować. Albo zastanawia się jak wytłumaczyć komukolwiek spoza rodziny jak to jest przebywać dwadzieścia cztery godziny na dobę z człowiekiem, od którego – widać to coraz wyraźniej – dzieli nas dosłownie wszystko? Ona nie ma już siły kochać. Dotyka ją deficyt miłości. Czuje wyłącznie obcość.

To wszystko jest przygnębiające i dojmująco smutne. Także w tym momencie, gdy bezradna autorka pisze o swoim biologicznym synu Mateju (z nim nie ma praktycznie żadnych problemów, ale akurat ten fakt potrafi cieszyć ją tylko momentami, a tak naprawdę najmłodszy syn cierpi wraz z nią), który zawsze uważał chłopaków (adoptowanych) za swoich prawdziwych braci:

Nie chcę, żeby skończył tak jak ja, żeby wszystkie dobre wspomnienia z naszego wspólnego życia utonęły w bagnie ostatnich lat.
Ja już nie pamiętam niczego pięknego.


Jedyne, co przynosi jej jako taką pociechę i daje chwilę wytchnienia, to kultura. Autorka w relację z koszmaru codzienności wplata co rusz swoje odczucia – dotyczące obejrzanych filmów (dominuje klasyka) czy spektakli teatralnych. Koi zszargane nerwy muzyką. Szuka oparcia w książkach.

Trzeba przyznać, że świetnie jest to napisane. W tę książkę wsiąka się momentalnie, przeżywa ją do samego końca i długo potem. To duża sztuka napisać o nieudanej adopcji Romów, a więc temacie mocno kontrowersyjnym i jednocześnie ważkim społecznie, nie przejaskrawiając go, nie popadając w banał czy w zbytnią dydaktykę. Bouĉková wygrywa tym, że jest w tej opowieści kobietą z krwi i kości, prawdziwą od początku do końca. Taką, która może się mylić, której może w życiu nie iść, i która będzie z trudem przyjmowała kolejne porażki, ale będzie jakoś parła do przodu.

Na sam koniec chciałbym jeszcze dodać, że są tu też kapitalne, drobne, klimatyczne scenki. Jak choćby wyprawa Terezy i jej męża Marka (zimą na biegówkach) na świniobicie, zorganizowane przez znajomą z okazji 40. urodzin – Trafiliśmy po śladach krwi na śniegu. (…) Dookoła kręcili się faceci z wielkimi nożami. Z nożami i kieliszkami, napełnianymi co chwila przez kobiety. Albo ta świadcząca o specyficznym poczuciu humoru autorki, gdy wracały z matką „ubzdryngolone” po wernisażu, na którym tę ostatnią podrywał bułgarski artysta (opadła mu szczęka jak się dowiedział, że ma już siedemdziesiąt trzy lata): Trzeba mu było jeszcze powiedzieć, że masz tylko jedną pierś, żeby nie szukał drugiej – mówi matce rechocząca w najlepsze Bouĉková. Uwielbiam takie smaczki.

Bez dwóch zdań jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałem w tym roku.

Obecnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...