O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Dwa wstrząsające reportaże

… z syryjskiego i polskiego podwórka

Samir – Zapiski z Rakki. Ucieczka z Państwa Islamskiego



Wydawnictwo Insignis, przekład z języka arabskiego na angielski Nader Ibrahim, przekład z języka angielskiego Michał Romanek, ilustracje Scott Coello, 109 str.

Pierwsze zdanie: Pewnego ranka wszystkich mieszkańców miasta obudził odgłos wybuchów i wystrzałów.

Twarda oprawa, dobry papier, kolorowe, ciekawe i nieco komiksowe ilustracje uzupełniające tekst. Staranny projekt całości. Zapiski z Rakki to doprawdy bardzo ładnie wydana książka. Dopracowana, pieszcząca oko forma skrywa w swym wnętrzu mocno skondensowaną, dramatyczną treść. Nieco ponad sto stron opowieści o życiu w syryjskim mieście okupowanym przez Państwo Islamskie (Daisz).

Wojenne realia, ale przede wszystkim całą prawdę na temat codziennego życia pod rządami terroru przedstawia występujący pod pseudonimem młody Syryjczyk. Samir z narażeniem życia (karą za kontakty z zachodnimi mediami jest śmierć przez ścięcie) wysyłał zaszyfrowane smsy do innego kraju i dopiero stamtąd trafiały one do dziennikarzy BBC. To zasadnicza wartość tej pozycji, dzięki której wygrywa ona z innymi publikacjami na temat syryjskiego konfliktu – otrzymujemy przecież rzetelny raport z samego centrum piekła. Z miejsca, gdzie nie dotarł żaden reporter.



Wspomniany specyficzny rodzaj sms-owej komunikacji sprawił, że mamy tu do czynienia z bardzo oszczędną i zwięzłą narracją, co akurat w tym wypadku jest kolejną zaletą tekstu. Żadnych zabiegów literackich, metafor czy epitetów. Dostajemy wyłącznie konkret, samo gęste. Treść pozbawioną dominujących w mediach kontekstów politycznych, czy też informacji militarnych – jak słusznie zauważa w przedmowie korespondent BBC Mike Thomson - ale skupioną wyłącznie na ludziach. Treść, która w wielu momentach chwyta za gardło i sprawia, że o tym co się przeczytało ciężko później zapomnieć.

Autor zapisków przybliża syryjską codzienność, która jest niczym innym jak jednym wielkim horrorem. Na porządku dziennym są tu przecież bezpodstawne aresztowania, wyszukane i okrutne tortury, publiczne kamieniowanie, biczowanie, krzyżowanie, ścinanie głów czy zrzucanie z budynków. Repertuar okropieństw stosowanych przez krwawy reżim islamskich fanatyków, których działania nie mają wiele wspólnego z Koranem, wydaje się nie mieć żadnych granic. Wśród zwykłych Syryjczyków, których życie zamieniło się w koszmar króluje więc przerażenie, rozpacz, wielka niepewność i jeszcze większy strach przed tym co będzie dalej. Jak relacjonuje Samir, ludzie ci nie mają już żadnych złudzeń, że ktoś może im pomóc.

Wszyscy, których spotykamy, od dzieci po starców, a każda z tych osób doświadczyła wielu okropieństw, wiążą nadzieję wyłącznie z naszymi własnymi rewolucjonistami. Świat zewnętrzny nie odpowiedział na nasze apele.



I ta smutna konkluzja zawarta w finale książki boli najbardziej po trudnej, ważnej i na pewno potrzebnej lekturze jaką są Zapiski z Rakki.



Ewa Winnicka – Był sobie chłopczyk



Wydawnictwo Czarne, fotografie Magdalena Wdowicz-Wierzbowska, 202 str.

Pierwsze zdanie: Gułdowy to półwiejski przedbieg miasta.

Jeśli Zapiski z Rakki potrafią momentami trzymać za gardło, to ten reportaż chwyta zań praktycznie od początku i nie puszcza do samego końca. Mało tego, on jeszcze, w trakcie lektury, systematycznie ściska to gardło coraz bardziej. W zasadzie o takich książkach nie wiadomo co dokładnie napisać, bo żadne słowa nie oddadzą emocji, które jest ona w stanie wywołać w człowieku. I to w każdym choć odrobinę wrażliwym, ale przede wszystkim w tych, którzy sami mają dzieci i na co dzień mierzą się z ich wychowywaniem. Aby nie popaść w banał czy patos będę się zatem wyłącznie trzymał konkretów.

Czy wiecie, że co roku ofiarą przemocy i zaniedbań ze strony opiekunów pada w Polsce prawie piętnaście tysięcy dzieci? Kilkadziesiąt z nich traci życie. Był sobie chłopczyk opisuje jeden z takich przypadków. Głośny i znany z mediów, bo bardzo szczególny. Chodzi mianowicie o sprawę z 2010 r. kiedy w stawie w Cieszynie znaleziono ciało małego dziecka. Dopiero dwa lata później udało się ustalić jego tożsamość i aresztować rodziców, którzy przez ten czas ukrywali zniknięcie syna, jednocześnie normalnie funkcjonując, a nawet pobierając nań zasiłek. To wstrząsająca historia Szymka z Będzina.



Autorka rozpoczyna książkę właśnie od momentu odnalezienia zwłok anonimowego dziecka i przedstawia w sposób bardzo szczegółowy policyjne śledztwo zmierzające do okrycia jego tożsamości – ta część jest zajmująca niczym najlepszy kryminał. Podkreślona jest w niej ciężka i bardzo solidna praca policjantów. Dalej Winnicka przybliża postaci rodziców, sięgając do źródeł ich problemów. Bo trzeba od razu zaznaczyć, że nie była to rodzina patologiczna tylko taka z problemami, których nie potrafiła rozwiązać – od spraw finansowych po agresję ojca. W pewnym stopniu, jest to też także historia nieszczęśliwej miłości.

Winnicka przedstawia motywy rodziców i stara się zrozumieć jak w ogóle mogło dojść do tej tragedii, by w finałowej części reportażu odtworzyć ostatnie dni życia chłopca i przedstawić tragiczne okoliczności jego śmierci. Jest tu również zawarta próba zgłębienia problemu poprzez przedstawienie uwarunkowań historyczno-społecznych dotyczących tamtego regionu. Przecież w 2012 r., zupełnie nieopodal bo w pobliskim Sosnowcu, zamordowana została półroczna Madzia. Ta sprawa była chyba jeszcze głośniejsza medialnie i jej echa też odnajdziemy w tym reportażu.



Relacja Winnickiej prowadzona jest bardzo profesjonalnie, na chłodno, z dystansem, w oparciu o twarde fakty, bez snucia żadnych domysłów, bez oceniania czy wyraźnego sugerowania czegokolwiek. Jednocześnie książka stawia wiele istotnych pytań. Przede wszystkim jak to jest możliwe, żeby dziecko niejako rozpłynęło się w społeczeństwie na pełne dwa lata? Kto tu zawinił? Czy Szymka można było uratować? Jak w ogóle rodzic może skrzywdzić swoje własne dziecko? Ale także, czy tej rodzinie można było jakoś pomóc by zapobiec tej tragedii?
Winnicka nie zostawia nas z gotowymi odpowiedziami, bo na te pytania po prostu bardzo ciężko jest odpowiedzieć jednoznacznie. Ale każdy, kto przeczyta ten reportaż uważnie będzie mógł w moi przekonaniu samodzielnie podjąć ten wysiłek.

To co mnie dotknęło szczególnie, to występująca tu również próba zdiagnozowania miejskich więzi społecznych i rodzinnych. Bo fakt, że zniknięcie chłopca w żaden sposób nie zaniepokoiło jego dziadka czy sąsiadów jest w tej historii równie przerażający, co sama śmierć Szymka. Wymowna jest również przytoczona tu siła odzewu z jaką spotkała się policja, która nie mogąc trafić na trop w tej sprawie, sformułowała apel zachęcający społeczeństwo do zgłaszania podobnych jej historii dzieci, których dawno nie widziano.

Świetnie napisana, udanie stopniująca napięcie, pełna grozy, mocna i bolesna historia, którą mimo to czyta się z dużą uwagą od deski do deski. Dodatkowo, tę dobrze skonstruowaną treść uzupełniają wymowne czarno-białe zdjęcia Magdaleny Wdowicz-Wierzbowskiej.

Aktualnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...