O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Siedem niewypałów

...czyli książki rozczarowujące, przereklamowane lub też zwyczajnie słabe

Chociaż nieustannie zabiegam o staranny dobór lektur, aby nie tracić czasu na niewypały i tak często zdarza mi się trafiać na takie pozycje, bez których mógłbym się spokojnie obejść. Poniżej SUBIEKTYWNE zestawienie właśnie takich książek. Uwagi na ich temat są minimalistyczne, bo i tak już wiele czasu straciłem na samo czytanie.

Na początek dwie bardzo popularne, polecane i szeroko reklamowane cegły – Niksy i Wzgórze Psów. W obu tych wypadkach podstawową wadą jest właśnie rozmiar.

Jakub Żulczyk – Wzgórze psów



Wydawnictwo Świat Książki, 862 str.

Pierwsze zdanie: Wy, młodzi, myślicie, że każdy z was jest pępkiem świata, że każdy wasz problem to wojna światowa.

Autor Wzgórza Psów przede wszystkim niepotrzebnie traci energię na rozwleczone retrospekcje czasów szkolnych głównego bohatera, które niewiele do książki wnoszą. W ogóle jest to powieść przegadana - odchudzić ją nawet o połowę i byłaby znośniejsza. Poza tym to historia efekciarska oraz, chcący bądź niechcący, „ubelfrzona”. I niestety zwyczajnie nudna.
Sukces Żulczyka na niwie scenopisarstwa nie przełożył się na wzrost literackiej jakości. Zresztą z książka tą jest podobnie jak z pierwszym sezonem serialu Belfer, początek całkiem, całkiem, ale im dalej tym gorzej. Intryga jest tu cienka, przewidywalna, a przez to pozbawiona napięcia. Warstwa społeczno-psychologiczna powieści? Niezła, jeśli chodzi o pierwszą składową. Autor potrafi, pod warunkiem, że akurat nie przejaskrawia - celnie oddać realia małomiasteczkowej społeczności. Gorzej jeśli mowa o drugiej składowej. Te wszystkie pseudomądrości i prawdy objawione... ech.

Nathan Hill – Niksy



Wydawnictwo Znak, przełożył Jerzy Kozłowski, 856 str.

Pierwsze zdanie: Gdyby Samuel wiedział, że jego matka odchodzi, bardziej zwracałby na nią uwagę.

W Niksach rzecz wygląda bardzo podobnie jak we Wzgórzu Psów – dobry początek, a później już tylko gorzej i nudniej, na rozczarowującym, płaskim i naiwnym finale kończąc. I też żadna to wielka powieść, a tym bardziej literatura – ot, zwyczajne czytadło. Ma dobre momenty, zwłaszcza na początku, ale przede wszystkim razi przegadaniem (przytłaczająca liczba wątków, które można by wykorzystać w kilku powieściach) i licznymi komunałami. Dużo nie zawsze znaczy dobrze.
U Hilla denerwujące jest zwłaszcza rozbudowywanie portretów postaci, które są mało ciekawe. Poza tym, takie niby bogactwo poruszanych tematyk, a wszystko jakieś powierzchowne i oczywiste, albo jak w wypadku skandynawskiej mitologii zupełnie nieprzekonywujące. Porównywanie zatem Hilla, poprawnego rzemieślnika o stylu pisania zaledwie wartkim, do Thomasa Pynchona czy Davida Fostera Wallace'a to jakieś nieporozumienie. Lepiej wygląda już pojawiające się tu i ówdzie zestawianie Niksów z Małym Życiem Yanyi Yanagihary – obie te książki to przecież wyłącznie literacka konfekcja.

Aura Xilonen – Jankeski fajter



Wydawnictwo Znak, przełożył Tomasz Pindel, 349 str.

Pierwsze zdanie: I kiedy te typy rzuciły się na tamtą naprawdę fajną lasię, zaczepiali ją i nawijali chamską gadkę, olśniło mnie, że przecież mogę zmienić swoje życie, wystarczy, że tam podejdę i spuszczę fakin cieniasom regularny łomot.

Rozczarowanie debiutem młodej meksykanki okazało się tym dotkliwsze, że pierwsze pół powieści naprawdę mi się podobało. Ciekawy bohater (niejaki Liborio nielegalny meksykański emigrant w USA, który lubi i potrafi walczyć na pięści), całkiem niezła fabuła z dobrym rytmem narracyjnym, błyskotliwe i zabawne dialogi, liczne wątki literackie, no i ten oryginalny język. Mieszanina meksykańskiej hiszpańszczyzny, podstawowego angielskiego, wulgaryzmów i neologizmów – za świetne tłumaczenie odpowiada niezawodny Tomasz Pindel. Nawet wątek miłosny jakoś się bronił.
Do czasu. Mniej więcej do momentu, aż Liborio opuszcza księgarnię, w której pracuje oraz swojego szefa. Druga część książki to już niestety sentymentalna sztampa i nuda. Zupełnie jakby autorce nagle zabrakło pomysłu co dalej zrobić z tą historią. Jakby zeszła z niej cała para i energia. Oczywiście nie jest to zła książka, ale taka o sporym potencjale, który niestety nie został do końca wykorzystany. A to też potrafi sfrustrować.

Robert Seethaler – Całe życie



Wydawnictwo Otwarte, przełożyła Ewa Kochanowska, 157 str.

Pierwsze zdanie: Pewnego lutowego poranka tysiąc dziewięćset trzydziestego trzeciego roku Andreas Egger dźwignął z przesiąkniętego na wskroś wilgocią i zalatującego kwaśnawą wonią siennika umierającego pasterza kóz Johannesa Kalischkę, którego mieszkańcy doliny wołali Rogaty Jasiek, by trzykilometrową, zagrzebaną pod grubą warstwą śniegu ścieżką znieść go do wioski.

W tym wypadku nie chodzi już o rozczarowanie czy niewykorzystany potencjał, a o szczere zdziwienie. W sumie zachwycać można się i twórczością Paula Coelho, ale mianować taką przeciętną książkę jak Całe życie do Nagrody Bookera? Nie pojmuję tego.
Tytuł tej pozycji nie jest przypadkowy, na niewielu ponad stu pięćdziesięciu stronach rzeczywiście zostało przedstawione całe życie głównego bohatera. I jak jestem dużym fanem zwięzłej i rzeczowej formy, tak w ogóle mnie ta minimalistyczna powieść, napisana w duchu slow life nie zainteresowała. Nie znalazłem w niej nic wyjątkowego, nic odkrywczego, nie ruszyła mnie też zupełnie emocjonalnie. Nie mówiąc już o jakimkolwiek wzruszeniu, które ponoć udziela się innym czytelnikom.
Brakuje mi w tej książce głębszej analizy, refleksji. A z głównym bohaterem nijak nie byłem w stanie się utożsamić, bo jest po prostu nieciekawy. W dodatku jest to też bardzo prosto napisane. Cenię sobie lapidarność, ale styl Seethalera jest doprawdy mizerniutki. Suchy niczym klimat w regionie Sahelu.

Robert Rient – Duchy Jeremiego



Wielka Litera, 295 str.

Pierwsze zdanie: Mama znowu spała w łazience, na podłodze.

Podobny problem, dotyczący głównego bohatera, miałem także przy okazji lektury Duchów Jeremiego. Tu jednak nie tyle chodzi o brak możliwości utożsamienia się z nim, ale przede wszystkim o brak zaufania do niego. Nastoletni Jeri to postać, której zupełnie nie kupuję – jest dla mnie sztucznym tworem wykreowanym na siłę. Nic mnie w nim nie jest w stanie przekonać - od języka jakim się posługuje, poprzez to co robi, po to co myśli.
Podobnie rzecz ma się z całą fabułą, w której zestawiono tyle nieszczęść, ważnych problemów i wątków, że powieść miast chwytać za gardło, powoduje jedynie niesmak w zetknięciu z nagromadzonym sentymentalizmem i wymuszoną melodramatycznością. Ale o tym w punkt napisał już Dariusz Nowacki na łamach Gazety Wyborczej.

Jakub Małecki – Rdza



Wydawnictwo SQN, 283 str.

Pierwsze zdanie: Tamtego dnia, kiedy wszystko się skończyło, pochylał się nad torami.

Wspomniany powyżej krytyk literacki Gazety Wyborczej, poza powieścią Roberta Rienta pochylił się również w swym artykule nad Rdzą Jakuba Małeckiego. Akurat w tym wypadku nie byłbym dla tegoż autora tak surowy, bo ta książka nie jest aż tak zła jak Duchy Jeremiego. Poza tym Małecki potrafi pisać, ma dobry styl, niezły język i jeśli chodzi o literaturę środka – wyróżnia się w Polsce zdecydowanie.
Ale rzeczywiście jest z Rdzą pewien problem. Otóż jest ona trzecią z kolei książką napisaną w zasadzie na te same tematy i przy użyciu tych samych patentów. Spowodowało to, że ledwo doczytałem ją do końca i tym, którzy znają dwie wcześniejsze powieści Małeckiego czytać Rdzy nie polecam. Ci natomiast, którzy Dygotu i Śladów w ręku jeszcze nie mieli, mogą po nią sięgnąć, bo, sama w sobie nie jest złą pozycją. To po prostu swego rodzaju kalka poprzednich dwóch książek.
Małecki niestety jakoś się w swej literackiej wyobraźni niebezpiecznie zapętlił i trzeba trzymać kciuki, żeby się teraz wyplątał i napisał coś innego. Niekoniecznie kolejną powieść o śmierci i nieszczęśliwych jednostkach (pochodzących z prowincji), z wielką historią w tle.

Damien Boyd – W linii prostej



Wydawnictwo Helion, przełożył Krzysztof Krzyżanowski, 183 str.

Pierwsze zdanie: As the Crow; E7 6c 40 metrów; prostowanie klasycznej drogi Crow (E3 5c/6a***).

Na koniec krótko o cienkim kryminale. Cienkim zarówno pod względem liczby stron, jak i zawartości. Sama zagadka kryminalna może nie jest specjalnie wyszukana i nie sprawi, że w napięciu doczytacie W linii prostej do samego końca, ale od biedy może być. To co natomiast sprawiło, że tytuł ten trafił do tego zestawienia, to brak jakiegokolwiek tła obyczajowo-społecznego i kompletnie bezpłciowy bohater, który jeśli nie prowadzi śledztwa to w zasadzie wychodzi tylko z psem na spacer. Zero psychologii postaci. Dodajmy do tego również drętwe dialogi. Bardzo przeciętna rzecz.

Aktualnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...