O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Od Charlottetown po Vancouver

...czyli podróż przez ulubiony kraj świata

Katarzyna Wężyk – Kanada. Ulubiony kraj świata

Wydawnictwo Agora, 352 str.

Pierwsze zdanie: Na żywo premier Kanady jest jeszcze przystojniejszy niż na zdjęciach.

Katarzyna Wężyk, dziennikarka Gazety Wyborczej i Wysokich Obcasów, swojej debiutanckiej, poświęconej Kanadzie książce, nadała zgrabną konstrukcję - podzieliła ją na czternaście rozdziałów, których tytuły to imiona głównych bohaterów poszczególnych opowieści. Kraj syropu klonowego i hokeja – to ponoć główne skojarzenia - autorka przybliża nam bowiem przez pryzmat różnych ciekawych postaci. Zaczynamy od premiera Justina Trudeau, by poprzez Anię z Zielonego Wzgórza, syryjskiego uchodźcę Khaleda, przedstawiciela rdzennej ludności Geronimo, tancerza breakdance o ksywie Buddha czy też wieloletniego premiera prowincji Saskatchewan i twórcy kanadyjskiego systemu publicznej opieki zdrowotnej Tommy'ego Douglasa dotrzeć do rozdziału podsumowującego o tytule Margaret (Atwood, ta pisarka). Mamy więc przegląd postaci publicznych, historycznych, osób prywatnych, a nawet wymyślonych.


Podobnie jest z tematyką. Czegóż tu nie ma? Są interesujące, pogłębione portrety obu panów Trudeau (obecnego premiera Justina i jego ojca Pierre'a), analiza problemu uchodźców i wielokulturowości tegoż kraju. Mamy powracający kilkukrotnie niewygodny, wstydliwy ale również poruszający wątek tego w jaki sposób obchodzono się i dalej traktuje tam ludność rdzenną. Jest, a i owszem, o rynku naftowym (zakłady obróbki piasków bitumicznych) i związanymi z nim problemami, nie tylko natury ekologicznej. Wężyk przybliża różnorodność odwiedzanych przez nią prowincji i miast - od Montrealu po Vancouver. Zastanawia się także kim tak naprawdę są ci Kanadyjczycy. Przewijają się tu więc solidnie udokumentowane (bibliografia zajmuje 30 stron) tematy współczesne, historyczne, polityczne, gospodarcze, społeczne, kulturowe, te głośne z pierwszych stron gazet, jaki i małe, lokalne czy też dotyczące prywatnych spraw zwykłych ludzi.

Tak szerokie spektrum tematyczne udało się autorce sprawnie złożyć w jedną zwartą, sensowną całość. To zapewne dzięki wspomnianej zgrabnej formie, umiejętnościom stricte dziennikarskim, jak i użytemu stylowi. Wężyk ma bez wątpienia dobre pióro i potrafi pisać z polotem. To co ją wyróżnia, to przenikliwość, ale także ironia i dobre poczucie humoru. To natomiast sprawia, że książkę czyta się lekko i z nieustającym zainteresowaniem.
Jej zaletą jest przede wszystkim obdarcie opisywanego kraju z mitu państwa bez skazy. Tej cudownej krainy pełnej sympatycznych idealistów - dostaje się nawet boskiemu Justinowi, który nie ma wyjścia i musi iść na kompromisy, kosztem swego nieskazitelnego wizerunku. Pokazuje również jak buduje się społeczeństwo multikulturowe, które ze swej różnorodności może czerpać i czerpie dużą siłę. Kanada ma też znaczącą wartość poznawczą i, co bardzo ważne, jest pozycją aktualną.




Było o plusach, a teraz będę się czepiał. Pogłębiona warstwa historyczna i solidna kwerenda różnego rodzaju publikacji są na pewno istotne i potrzebne, ale ideałem jest gdy uzupełnia je także duża dawka roboty stricte reporterskiej, a w tej materii czuję tu jednak pewien niedosyt. Chciałoby się żeby Wężyk jeszcze w większym stopniu „wyszła do ludzi”.
Nie wiem czy zabrakło czasu lub budżetu, a może jednego i drugiego, ale jestem nieco rozczarowany, że w swej podróży po Kanadzie autorka ominęła Nową Fundlandię i Labrador. Zwłaszcza, że była tak blisko, gościła przecież na sąsiedniej wyspie Księcia Edwarda. Znany już w Polsce, dzięki wydawnictwu Wiatr Od Morza, Michael Crummey zajmująco i pięknie opisuje w swych powieściach przyrodę, kulturę i historię tej wyspy, mniej więcej to samo czyni John Gimlette w wydanym kilka lat temu w Polsce Teatrze ryb, ale brak jest współczesnego nań spojrzenia. Poza tym, akurat ta wyludniająca się prowincja, z dużym bezrobociem i nieustającymi problemami gospodarczymi, winna być przecież idealnym środowiskiem reporterskim.

12 tysięcy kilometrów, cztery regiony klimatyczne i pięć stref czasowych, które pokonała Wężyk na pewno robią wrażenie, ale pamiętajmy też, że mówimy o drugim największym kraju świata. Żeby poznać Kanadę od podszewki dobrze byłoby wybrać się również w te bardziej odludne jej tereny, i to nie tylko na Nową Fundlandię, ale także do Jukonu czy na Terytorium Północno-Zachodnie. O tym, że o tego typu miejscach można napisać dobre reportaże, niech świadczą choćby książki Ilony Wiśniewskiej. Mogłaby zatem Wężyk jeszcze raz ruszyć w podróż i napisać Kanadę 2. Nie ukrywam, że czytałbym.

PS. I jeszcze jedno. Nie wiem czemu większości osób Kanada kojarzy się z czerwonym listkiem z flagi, syropem klonowym, hokejem, Anią wiadomo skąd, łosiami, drwalami, przyrodą i czym tam jeszcze? Mnie na hasło Kanada od razu rusza pod powiekami projekcja czołówki familijnego serialu z lat 80. o rodzinie Robertsów mieszkających w Vancouver pt. Niebezpieczna zatoka. Ależ to był kiedyś hit! Z kolei drugie, chyba jeszcze ważniejsze skojarzenie, to książki Wiesława Wernica, takie jak Tropy wiodące przez prerię czy Sierżant konnej policji, na których to okładkach, tych prostych acz zajmujących przygodówek, widnieli nawet jeźdźcy w charakterystycznych strojach Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej. Jakaż więc była moja radość gdy czytając Kanadę Wężyk dotarłem do rozdziału 8 pt. Sam, poświęconemu niejakiemu Samuelowi Benfield Steeleowi, który był jednym z twórców legendy tej formacji.

Aktualnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...