O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

7 książek pod choinkę…

…czyli co mógłby Wam przynieść porządny Mikołaj

Jak każe, kilkuletnia już, tradycja – czas najwyższy na kilka subiektywnych propozycji na książkowe prezenty. Tym razem mam ich siedem, a wszystkie raczej nieoczywiste, mało popularne, za to moje, najmojsze.

Gaël Faye – Tęsknota



Wydawnictwo WAB, tłumaczenie Katarzyna Marczewska, 269 str.

Pierwsze zdanie: Właściwie sam nie wiem, jak się to wszystko zaczęło.

Faye to syn Rwandyjki i Francuza. W swej debiutanckiej powieści wspomina dzieciństwo spędzone w Burundi. Początkowo jest to pełna barwnych wydarzeń, beztroski, ale i nostalgii oraz tytułowej tęsknoty, opowieść o dziesięcioletnim Gabrielu. Jego rodzinie i kumplach. Ale żeby nie było zbyt idyllicznie, dochodzi do szeregu dramatycznych wydarzeń. Najpierw w wyniku narastających różnic kulturowych rozstają się rodzice chłopca. A ponieważ mamy niespokojne lata 90., w jego życie wdzierają się też konflikty etniczne, wojna domowa w samej Burundi i ludobójstwo w sąsiedniej Rwandzie.

Autorowi udało się przy pomocy prostej formy i lapidarnego stylu stworzyć interesującą słodko-gorzką powieść o poszukiwaniu własnej tożsamości. Faye porusza również kilka innych ważkich tematów, jak choćby kolonialną przeszłość. Na uwagę zasługuje też subtelne zaznaczenie roli książek w życiu Gabriela. Literatura towarzyszy mu bowiem w ważnych momentach i pomaga zrozumieć świat.

Tęsknota to niepozorna książka pełna ujmujących treści. A Faye to nie tylko obiecujący autor, lecz także raper robiący całkiem niezłą muzykę.
https://www.youtube.com/watch?v=NY_NoXztk-U


Antologia opowiadań pod redakcją Michela Dufranne’a – Bruksela Noir



Wydawnictwo Claroscuro, tłumaczenie Elżbieta Derelkowska, Michał Przybysz i Agnieszka Fijałkowska-Żydok, 301 str.

Pierwsze zdanie: Jeśli dobrze pamiętam, był to pomysł mojego męża.

Tego typu antologie (wielu autorów pisze na zadany temat) raczej rzadko udają się w stu procentach. Trudno jest bowiem utrzymać wysoki poziom wszystkich tekstów. I jak w tym roku całkiem nieźle prezentował się z tej seriiSingapur Noir, rozczarowała niestety słaba Wenecja Noir, tak śmiem twierdzić, że w wypadku Brukseli Noir wreszcie się udało. I to jak!

To najdziwniejszy (od tekstów w stylu science fiction, poprzez czysty surrealizm, po te oparte na faktach), najmniej noir (mrok powinien przecież w takim zbiorze dominować, a tu mamy naprawdę sporo iście zabawnych historii), a jednocześnie najlepszy ze wszystkich noir-ów, które ukazały się dotychczas w Polsce. Mało tego, to także jeden z najciekawszych zbiorów opowiadań, jakie czytałem w tym roku. W ogóle. Ton nadają mu takie teksty jak świetny, poruszający wiele ważkich problemów Rytuał. Dziennik krwi i wiary, mocny i przejmujący Ekwador, tarantinowskie w duchu Pomaluj świat, na czarno czy dowcipny, pełny dobrych dialogów, filmowy Pszczelarz.

Bruksela Noir to udanie oddane francusko-flamandzkie realia i klimat miasta oraz bogaty zakres tematyczny – sprawy społeczne, religijne, medialnie głośne, autentyczne historie karne, imigranci, fałszerze sztuki, prostytucja, pedofilia, narkotyki, a nawet inżynieria genetyczna. Ba, jest tu nawet iście odlotowa fantazja z Piotrusiem Panem w roli głównej.


Lutz Seiler – Kruso



Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, tłumaczenie Dorota Stroińska, 375 str.

Pierwsze zdanie: Odkąd Ed wyruszył w drogę, był w stanie nadmiernej czujności, która nie dawała mu zmrużyć oka w pociągu.

Tak jak Bruksela Noir należy do mojego top of the top, jeśli chodzi o short story, tak Kruso ma pewne miejsce w zestawieniu najlepszych powieści tego roku.

Rok 1989, niemiecka wyspa Hiddensee na Bałtyku, na której to przed historyczną zawieruchą (za chwilę upadnie Mur Berliński) niczym w azylu, skrywają się różne ciekawe indywidua. Do pracy przy zmywaku w odlotowej knajpie trafia główny bohater Ed. Z czasem zbliża się do ekscentrycznego tytułowego Krusa. Ten jest samozwańczym przywódcą tamtejszej oryginalnej społeczności. Grupy składającej się z wszelakiej maści wyrzutków, którzy głównie toczą długie filozoficzne dysputy. Ed z Krusem utworzą skomplikowaną parę przyjaciół, życiowych rozbitków – współczesnych Robinsona Crusoe i Piętaszka, którzy nie ustają w walce o to, co najważniejsze. O wolność.

Niełatwa w lekturze – trzeba się w tę gęstą od różnych odwołań i kontekstów powieść mocno wgryzać – ale wyjątkowo hipnotyzująca, pełna niesamowitych scen, mądra, poetycka książka. Warto się za nią zmierzyć. Zwłaszcza, że jest częściowo oparta na faktach.

Iva Procházková – Roznegliżowane



Wydawnictwo Afera, tłumaczenie Julia Różewicz, 414 str.

Pierwsze zdanie: Matki. Wszędzie. Tamara starała się ich nie dostrzegać, ale to nie takie proste.

Druga część serii z poczciwym śledczym Marianem Holiną (pierwsza to Mężczyzna na dnie) jest nieco inna niż poprzednia. Procházková ograniczyła bowiem psychologiczno-astrologiczny wątek, który był ważną częścią składową debiutu i tym razem przeniosła środek ciężkości zdecydowanie na intrygę kryminalną. Co mnie osobiście jakoś szczególnie nie martwi, bo w gwiazdy raczej nie wierzę, a w dobry kryminał bardzo. A Roznegliżowane są kryminałem więcej niż dobrym. Autorka ma dar nie tylko do wymyślania zagmatwanych, przekonujących intryg czy budowania wyrazistych postaci. Potrafi również świetnie prowadzić całą historię, umiejętnie stopniując napięcie i gubiąc tropy do samego finału. Poza tym Procházková to Czeszka, więc znów znalazła miejsce na barwne prowadzenie opowieści, dobry humor oraz ten charakterystyczny luz i lekkość, z których słyną nasi południowi sąsiedzi. Wszystko to sprawia, że Roznegliżowane czyta się pierwszorzędnie.

Na koniec dwa zdania o tym, o co w ogóle w tej historii chodzi. Otóż akcja zaczyna się od martwej dziewczyny, Wietnamki, odzianej w seksowny kombinezon, a znalezionej w praskim ogródku chińskiego biznesmena. To dopiero wierzchołek góry lodowej (w Pradze mamy akurat srogą zimę), z którą będzie musiał się zmierzyć sympatyczny Holina.

Jim White – Manchester United. Diabelska biografia



Wydawnictwo SQN, tłumaczenie Radosław Chmiel, Bartosz Sałbut, 480 str.

Pierwsze zdanie: W środku drugiej połowy nerwowego, pełnego błędów meczu Champions League na Old Traford kibice zgromadzenia na trybunach zachowywali się zrzędliwie, cicho, myśleli o swoich sprawach.

Od jakichś 30 lat kibicuję dwóm klubom piłkarskim – Barcelonie i właśnie Manchesterowi United (który ostatecznie jest moim number one). Mogę więc nie być do końca przekonujący, gdy napiszę, że książka Jima White'a to biografia fascynująca. Historia klubu od jego początków, aż do końca ery sir Alexa Fergusona, a tak naprawdę do zwolnienia trenera Louisa van Gaala i zapowiedzi rządów Jose Mourinho.

Rzetelna, drobiazgowa, bardzo ciekawa i zajmująca rzecz. Znajdziecie tu m.in. szczegółową analizę pracy trzech najważniejszych menedżerów w historii klubu (Mangnall, Busby, Ferguson), charakterystyki czołowych zawodników takich jak Best, Charlton, Cantona czy Ronaldo. Wspomnienia i opinie ludzi związanych z klubem, informacje dotyczące konfliktów, ale także anegdoty, sukcesy, porażki i dramaty (tragedia w Monachium z 1958 r.).
Książkę White’a z czystym sumieniem można polecić każdemu miłośnikowi piłki nożnej. Może z wyjątkiem kibiców Manchesteru City i Liverpoolu. I choć nie jest to dopieszczona stylistycznie narracja (nie najlepsze tłumaczenie), to i tak czyta się, oj czyta.

Hampton Sides – Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę



Wydawnictwo Czarne, tłumaczenie Tomasz Bieroń, 516 str.

Pierwsze zdanie: Więzienni piekarze, smażąc się w żarze bijącym od pieców, robili chleb dla wygłodniałych ludzi z więziennego gospodarstwa rolnego.

Hampton Sides we wstępie do Ogara tłumaczy, że cel jaki sobie postawił przy jego tworzeniu, to słowa wybitnego amerykańskiego historyka Shelby’ego Foote, który o swojej trylogii na temat wojny domowej powiedział – „posłużyłem się metodami powieściopisarza ale bez jego licentia poetica”. Tak właśnie jest. To co prawda zbeletryzowany, ale jednak reportaż pełną gębą (prześledźcie przypisy i bibliografię zajmujące 61 str.). Zamach na MLK autor rozebrał na części pierwsze i stworzył z tych wszystkich śrubeczek, trybików i sprężynek książkę, którą rzeczywiście czyta się z rosnącym napięciem, niczym rasowy, polityczny thriller.

Na pierwszym planie mamy perfekcyjnie przedstawione postaci dwóch głównych bohaterów tego dramatu – jego ofiarę – MLK i zabójcę – Jamesa Earla Raya. Dowiadujemy się o nich praktycznie wszystkiego, a do tego otrzymujemy interesująco zarysowane tło tamtych lat w Ameryce i masę innych ciekawostek związanych z wydarzeniem. Zwłaszcza dotyczących prowadzonego śledztwa i pościgu za Rayem. Gdzieś tam na drugim, a może nawet dalszym planie, czai się trzeci bohater tej historii – J. Edgar Hoover, szef FBI, który na punkcie MLK miał prawdziwą obsesję. Dodam jeszcze, że jest to także ważna książka o silnym wydźwięku społecznym. I co najistotniejsze, napisana ze stuprocentowym obiektywizmem przez „przeźroczystego” autora.

Konstrukcja tej książki, jej narracja, sposób, w jaki zostało to wszystko skrupulatnie opisane, przywołuje tylko jedno słowo – mistrzostwo. Dla mnie to nie tylko najlepsza rzecz z działki non-fiction w tym roku, ale także ścisły top najważniejszych pozycji 2017 bez podziału na gatunki. Zalecam.

Maciej Piotr Prus – Przyducha



Korporacja Ha!art, 226 str.

Pierwsze zdanie: Znają wszystko, co stworzył: jego filmy, książki, sztuki teatralne, ale nie znają jego twarzy.

Prus to znany dziennikarz, mniej znany pisarz i współwłaściciel krakowskiego lokalu Piękny Pies. Napisał on – osadzoną w dobrze sportretowanym, tonącym w smogu Krakowie – surrealistyczną a jednocześnie bardzo mroczną wizję niedalekiej przyszłości.

W jego powieści mieszkańcy krakowskiego Kazimierza z powodu epidemii grypy poddawani są represjom. Po ulicach krążą pilnujące porządku patrole obywatelskie z biało czerwonymi opaskami na ramionach. Odmawia się meldunków muzułmanom. Trudno jest kupić prezerwatywy i papierosy. Lobby myśliwskie doprowadziło do zlikwidowania rezerwatów i parków narodowych oraz wprowadzenia nowego prawa polowań – czytamy. Do zwierzyny można strzelać wszędzie i bez ograniczeń. Narasta inwigilacja.

Główny bohater Przyduchy korzysta ze znajomości z niejakim Filipem Frontem, znanym pisarzem, by pod tegoż nieobecność, za niewielką opłatą, pokazywać jego mieszkanie fanom. Wplątuje się też w pewną makabryczną kryminalną historię.

Całość odbiera się niczym skrzyżowanie klimatu Chimerycznego Lokatora Rolanda Topora z Małą Apokalipsą Tadeusza Konwickiego, jednak nie jest to typowa zrzynka. Jest śmieszno, ale przede wszystkim straszno. Bo kto wie, czy tak to się właśnie wszystko nie skończy.
Zaskakująco dobra książka.

Aktualnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...