O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Najczęściej mordowani ludzie świata

... czyli pasjonujący reportaż historyczny z wątkiem kryminalno-westernowym

David Grann – Czas krwawego księżyca. Zabójstwa Indian Osagów i narodziny FBI



Wydawnictwo WAB, przełożył Piotr Grzegorzewski, 365 str.

Pierwsze zdanie: W kwietniu porośnięte dębami wzgórza i rozległe prerie terytorium Indian Osagów w Oklahomie pokrywają się milionem kwiatów: fiołków, klajtonii i hustonii błękitnych.

David Grann jest autorem wydanego w Polsce w 2010 r. Zaginionego miasta Z (wznowionego obecnie w nowej szacie graficznej) - fenomenalnej książki opartej na faktach, dotyczącej wyprawy angielskiego podróżnika Percy Harrisona Fawcetta, który w Amazonii poszukuje pozostałości dawnej cywilizacji. Kto jej jeszcze nie czytał, niech nadrobi. Koniecznie. Warto sięgnąć także po Czas krwawego księżyca. Co prawda Miasta Z jak dla mnie nie przebija, bo tamta książka jest w ogóle poza konkurencją, ale to świetny, wciągający reportaż historyczny z silnie wyeksponowanym wątkiem kryminalno-westernowym.


Opowieść dotyczy jednej z najbardziej mrocznych, a jednocześnie zapomnianych, seryjnych zbrodni w historii Ameryki. Mamy lata 20. XX w., stan Oklahoma. Zamieszkujący w tutejszym rezerwacie Indianie z plemienia Osagów, dzięki odkrytym na ich terenach złożom ropy naftowej, stają się nagle bardzo bogatymi ludźmi. Tyle tylko, że równie szybko najbogatsi ludzie świata stali się najczęściej mordowanymi ludźmi świata. I właśnie od morderstw dotykających indiańską rodzinę Burkhartów autor rozpoczyna relacjonować tę pasjonującą historię.

Pierwszą ofiarą jest jedna z sióstr, Anna, która znika w niewyjaśnionych okolicznościach, a później zostaje odnaleziona z przestrzeloną głową. Dalej mamy matkę, umierającą z niewyjaśnionych przyczyn i kolejną siostrę, Ritę, która ginie razem z mężem w domu w wyniku potężnej eksplozji. W międzyczasie czwarta z sióstr, Mollie (była jeszcze Minnie, która podobnie jak matka zmarła nie wiadomo na co) chorująca na cukrzyce, zaczyna wyraźnie podupadać na zdrowiu. W międzyczasie giną też inni, niespokrewnieni z Burkhartami członkowie plemienia. Przypadek? A gdzie tam.


Morderstwa wytworzyły klimat strachu, który dręczył całą społeczność. Mieszkańcy podejrzewali swoich sąsiadów, podejrzewali przyjaciół.



Grann powoli, umiejętnie stopniując napięcie, odkrywa o co w tym wszystkim chodziło i kto tu tak naprawdę był podejrzanym. Oczywiście szybko można się domyślić jaki jest główny motyw tych zabójstw (Indianie bogatsi od białych? No kto to widział!), ale już samo docieranie do sedna nie jest takie proste. Mało tego, kiedy już wydaje się nam, że wszystko zostało wyjaśnione, winni zostali ukarani i sprawa jest zamknięta, dochodzi do zaskakującego zwrotu akcji. Niejako w centrum całej historii pojawia się sam autor, który odwalając kawał reporterskiej roboty dociera do nieodkrytych jeszcze faktów.

Czas krwawego księżyca został zmyślnie podzielony na trzy części. Pierwsza skupia się na głównym wątku morderstw popełnianych na Osagach, trzecia dotyczy wspomnianego reporterskiego śledztwa Granna, natomiast druga przybliża proces powstawania biura FBI. Zabójstwa sięgnęły bowiem tak wysokiej liczby, a sprawa stała się tak głośna, że o pomoc poproszono formujące się dopiero biuro agentów federalnych dowodzonych przez J.E. Hoovera - przedstawionego tu przekonywająco, jako strasznego biurokratę upolityczniającego biuro oraz megalomana i paranoika - który niczym kania dżdżu potrzebował spektakularnego sukcesu na dobry początek. W tej, mocno przygodowej części książki, jej głównym bohaterem staje się były ranger z Teksasu, niejaki Tom White, który musi rozwiązać tę przerażającą i skomplikowaną sprawę.

White’owi wydawało się czasem, że wędruje w gąszczu luster – jego praca bardziej przypominała robotę szpiega niż śledztwo kryminalne. Miał do czynienia z kretami i podwójnymi, a może nawet potrójnymi agentami.

Całość czyta się rewelacyjnie i doprawdy ciężko było mi się od tej książki odrywać. Grann potwierdza, że fantastyczna konstrukcja Zaginionego miasta Z, to nie był przypadek. Facet potrafi perfekcyjnie poprowadzić narrację, umiejętnie rozkładając akcenty i zmyślnie balansując dynamiką. Poza intrygującą zagadką kryminalną, udanie odmalowanym klimatem wciąż dzikiego w tamtych latach Zachodu czy przybliżeniem niezwykle interesującego funkcjonowania pierwszych agentów FBI, dostajemy też smutną opowieść o niesprawiedliwości rasowej. Jest to także historia o wielkiej ludzkiej chciwości i traumie, która wciąż trwa mimo dziesiątków lat.
Błyskotliwa rzecz.

Aktualnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...