O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

4 x Non-fiction

... czyli w dużym skrócie o dziwolągach, piłce nożnej, zaginionym mieście i punk rocku

Karolina Sulej – Wszyscy jesteśmy dziwni



Wydawnictwo Dowody Na Istnienie, 189 str.

Pierwsze zdanie: Zanim założy koszulę, spodnie, słomkowy kapelusz i muszkę, jest po prostu Patrickiem Salazarem.

Głównymi bohaterami reportażu Karoliny Sulej są postaci, o których zwykło się mówić: dziwoląg, odmieniec. To m.in. Eduardo Arrocha, którego całe ciało (łącznie z twarzą) pokryte jest tatuażami, Nati Amos zwana Patchworkową Dziewczyną, która urodziła się w zasadzie bez twarzy czy Nicos Brisco, którego płeć jest nieokreślona... płynna. Innym ważnym bohaterem tej książki jest Coney Island. Nowojorski półwysep słynący z szerokiej plaży i z przeróżnych parków rozrywki, cyrków i lunaparków. Miejsce, w którym wszyscy ci „dziwacy” - z różnych względów i w różny sposób społecznie wykluczeni - znaleźli swoją enklawę, swój azyl. To reportaż starający się zbadać granicę między odmiennością a normalnością, pochylający się nad społecznym niedopasowaniem ale też nad różnymi specyficznymi często, formami rozrywki. Czy udanie? Wspomniany Arrocha mówi w pewnym momencie: Coney trudno złapać. Jest jak ryba, zawsze się wyślizgnie. Mam wrażenie, że autorce temat też się nieco wyśliznął. Trochę to wszystko – poczynając od przybliżania samej historii Coney Island – zbyt powierzchowne. Po przeczytaniu dziesięciu krótkich rozdziałów (całość 166 str. + zdjęcia) czułem duży niedosyt. Wydaje mi się, że można było z tego interesującego tematu wyciągnąć więcej. Z drugiej strony, dzięki książce Sulej, samo to miejsce zaciekawiło mnie na tyle, że w mojej głowie (człowieka, którego nigdy nie ciągnęło do Stanów Zjednoczonych) zakiełkowała myśl - fajnie byłoby zobaczyć kiedyś to całe Coney na żywo. Zapamiętam również z tego reportażu takie trzy proste zdania: Normalność to wyłącznie iluzja. oraz Nie rodzimy się dziwni. To kultura nas udziwnia.



Zbigniew Rokita – Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium



Wydawnictwo Czarne, 187 str.

Pierwsze zdanie: Piętnaście kopiejek za miejsce przy barierkach, dziesięć rubli za miejsce w loży.

Królowie strzelców to zbiór reportaży przedstawiających punkt styczny sportu, polityki i historii w Europie Środkowo-Wschodniej. Okładka nie jest przypadkowa - oczywiście dominuje tu piłka nożna. Ale jest także tekst z litewską reprezentacją koszykówki z lat 90. w roli głównej oraz inny - o węgierskiej drużynie piłki wodnej z 1956 r. Szczególną uwagę zwracają dwa reportaże. Pierwszy z nich jest o legendarnych piłkarzach Spartaka Moskwa, braciach Starostin i ich pokręconych, ciężkich losach. Iście filmowa historia, w której akcja z piłkarskich boisk przenosi się do więzień i łagrów, a znaczącą rolę odgrywają w niej szczerze nienawidzący braci szef NKWD Ławrientij Beria oraz syn Stalina, Wasilij. Drugim wyróżniającym się reportażem jest już współczesna relacja z mistrzostw świata w piłce nożnej państw niezrzeszonych w FIFA, które odbyły się w zbuntowanej gruzińskiej prowincji – Abchazji. Wystąpiły tam takie nieuznawane na świecie twory jak Pendżab, Zjednoczeni Koreańczycy w Japonii, Padania czy Kurdystan. Dodam jeszcze, że spiritus movens całej imprezy jest Lapończyk. Pewnym rozczarowaniem jest z kolei reportaż dotyczący Ernesta Wilimowskiego. Temat ten został już przecież wyeksploatowany. Reasumując, nie jest to szczególnie wyróżniający się zbiór, co też nie zmienia faktu, że dobrze się go czyta, a autor w całkiem interesujący i przystępny sposób przybliża znaczenia kulturowe oraz polityczne poszczególnych wydarzeń sportowych, tłumacząc poprzez nie różne historyczne zawiłości.


Douglas Preston – Zaginione Miasto Boga Małp



Wydawnictwo Agora, przełożył Dariusz Żukowski, 397 str.

Pierwsze zdanie: W głębi Hondurasu w regionie La Mosquitia znajdują się jedne z ostatnich niezbadanych miejsc na Ziemi.

Książka Prestona to w głównej mierze relacja z wyprawy do niedostępnej dżungli w Hondurasie w poszukiwaniu ruin legendarnego prekolumbijskiego Miasta Boga Małp. Wyprawy, która odbyła się trzy lata temu. Moment, w którym jej uczestnicy, a wśród nich autor, trafią do deszczowego lasu, poprzedza jednak solidna część historyczna przybliżająca dzieje innych osób opętanych dokładnie tym samym celem. Barwne i wciągające zmagania ekspedycji, której udaje się odnaleźć miasto (dzięki urządzeniu o nazwie lidar, które skanuje teren z samolotu), stanowią natomiast zasadniczą, przygodową część książki. Ale oprócz niej, a także konsekwencji z jakimi spotkał się sam fakt odkrycia ruin, znajdziecie tu też całkiem sporo informacji na temat samego Hondurasu i jego problemów polityczno-gospodarczych. Razem z autorem będziecie zastanawiać się nad przyczynami znikania wielkich cywilizacji. Pochylicie się również, i to dość mocno, nad zagrożeniami dla środowiska naturalnego, jakie niesie ze sobą globalny rozwój. Ba, z powodu którego nie chcę zdradzać aby nie spojlerować, napiszę tylko, że poznacie także, i to całkiem dokładnie, różne skomplikowane kwestie medyczne. Wszystko to wymieszane jest w zgrabny sposób i napisane zajmująco, lekkim językiem, dzięki czemu całość czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem do samego końca. Nie jest to co prawda tak wystrzałowa pozycja jak podobne w tematyce i klimacie Zaginione Miasto Z Davida Granna, ale i tak warto ją przeczytać.



Legs McNeil, Gillian McCain – Please Kill Me. Punkowa historia punka



Wydawnictwo Czarne, przełożył Andrzej Wojtasik, 621 str.

Pierwsze zdanie: Sam jak palec.

Ta książka to z kolei strzał w dziesiątkę. Po pierwsze bardzo dobrze się tę historię zgłębia. Jest to wielogłosowa opowieść mówiona, spisana żywym, różnorodnym językiem – co wypowiadająca się postać to inny styl – za co brawa dla tłumacza. Po drugie, jest wręcz arcyciekawa. Dostajemy przecież informacje wyłącznie z „pierwszej ręki” (wypowiadają się m.in. muzycy, producenci, menedżerowie, dziennikarze, groupies), z najgorętszego okresu i z samego oka cyklonu. Po trzecie siłą tej książki jest szczerość. Lou Reed to dęty buc, David Bowie cyniczny cwaniak, Patti Smith wyniosła koniunkturalistka itd. Nikt tu nikogo nie oszczędza. Po czwarte jest to rzecz awanturnicza, bluźniercza, radykalna i ostra niczym brzytwa. I bardzo dobrze, bo taki był przecież punk rock. Wreszcie, jest to również intrygujący wycinek historii Stanów Zjednoczonych i znaleźć tu można takie związane z nią smaczki jak choćby działalność radykalnej lewicy afroamerykańskiej. Dzięki lekturze Please Kill Me dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, uśmiałem jak norka (kapitalne anegdoty) i wróciłem do płyt zespołów, których nie słuchałem od baaardzo dawna, jak The Stooges, MC5 czy Television. To książka, która - tak mi się przynajmniej wydaje - będzie w stanie wciągnąć swą narracją nie tylko takich muzycznych świrusów jak piszący te słowa. Jednym słowem hit.

Obecnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...