O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Sensacje na majówkę

…czyli thriller i dwa kryminały

Robert Harris – Monachium



Wydawnictwo Albatros, przełożył Andrzej Szulc, 396 str.

Pierwsze zdanie: We wtorek dwudziestego siódmego września 1938 roku, tuż przed godziną pierwszą popołudniu, pan Hugh Legat ze Służby Dyplomatycznej Jego Królewskiej Mości został zaprowadzony do stolika przy jednym z wysokich, sięgających od podłogi do sufitu okien restauracji hotelu Ritz w Londynie, zamówił małą butelkę dom perignon rocznik 1921, na którą nie było go stać, otworzył egzemplarz „Timesa” na stronie siedemnastej i zaczął po raz trzeci czytać przemówienie, które dzień wcześniej Adolf Hitler wygłosił w berlińskim Sportpalast.


Harris, znany z udanego łączenia historii z fikcją (np. Oficer i szpieg o sprawie Dreyfusa), wziął tym razem na warsztat Układ monachijski z 1938 r. Przypomnijmy, chodzi o porozumienie zawarte między Niemcami, Włochami, Wielką Brytanią i Francją dotyczące przyłączenia części terytoriów Czechosłowacji do Niemieckiej Rzeszy, a tym samym zażegnanie groźby wybuchu wojny. Akcja książki toczy się w ciągu czterech dni, z czego dwa skupiają się na samym spotkaniu w Monachium.
Autor przedstawia wydarzenia z perspektywy dwóch postaci, Brytyjczyka Hugha Legata i Niemca Paula Hartmanna, znajomych sprzed lat, którzy są wplątani w szpiegowską intrygę. Nie jest to jednak stricte thriller szpiegowski. W ogóle mało tu jakiejkolwiek akcji, co akurat mi nie przeszkadza - niestety brakuje też napięcia, a to już stawiam za główny i jednocześnie jedyny poważny zarzut wobec tej książki. W takim Konklawe akcji było jeszcze mniej, ale napięcie jednak udało się zbudować i utrzymać aż po finał. Tu go nie odczułem.
W moim odbiorze jest to przede wszystkim rzecz o silnym wydźwięku polityczno-historycznym skoncentrowana, co oczywiste, na głównym wydarzeniu, ale także na przybliżeniu postaci brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina (do którego autor ma dużo sympatii) i zasadności jego polityki ustępstw wobec Hitlera. To, co robi więc największe wrażenie podczas lektury, to nie wspomniana intryga szpiegowska, a precyzyjne i wierne osadzenie opowieści w realiach. Harris, dzięki skrupulatnemu i imponującemu researcherowi, sprawia, że czytelnik ma wrażenie, iż sam jest bezpośrednim świadkiem poszczególnych scen. Do tego dochodzą świetnie sportretowane postaci, zarówno te autentyczne, jak i fikcyjne oraz całe tło - może nie chorobliwie skupione na detalach, ale rzeczywiście wyraźnie dopracowane. O płynnej narracji już nie wspominając. Przeczytać zatem na pewno warto jednak bez nastawiania się na szczególne emocje charakterystyczne dla thrillerów.

Leif GW Persson – Czy można umrzeć dwa razy?



Wydawnictwo Czarna Owca, przełożyła Iwona Jędrzejewska, 512 str.

Pierwsze zdanie: Dziewiętnastego lipca, we wtorek po południu, tuż po godzinie szóstej, ktoś zadzwonił do drzwi mieszkania komisarza kryminalnego Everta Bäckströma na Kungsholmen a Sztokholmie.

Czy można umrzeć dwa razy? to czwarta część kryminalnego cyklu z Evertem Bäckströmem. Co prawda Leifa GW Perssona cenię przede wszystkim za doskonałą trylogię policyjną dotyczącą zabójstwa premiera Szwecji Olofa Palmego, ale tę serię też lubię. A to już przede wszystkim zasługa jej głównego bohatera. Bäckström to totalnie antypatyczna postać. Cyniczny grubas, megaloman, samolub, łapówkarz, alkoholik (zwłaszcza miłośnik zimnych lagerów), rasista i seksista, który nieustannie kombinuje, którą by tu w następnej kolejności nadziać na swoje „super salami”. No cham i szowinistyczna świnia. W dodatku nie lubi się przepracowywać. A tu pewnego dnia przychodzi do niego chłopiec, Edvin, syn sąsiadów będący oddanym giermkiem i gońcem Everta, i przynosi mu znalezioną w lesie ludzką czaszkę. Chcąc nie chcąc komisarz będzie musiał ruszyć swój tłusty zadek i zająć się tą, jak się okaże, nieoczywistą sprawą, przy rozwiązywaniu której tropy wieść będą aż do Tajlandii, a w której najważniejszą kwestią będzie jak tu udowodnić mordercy, że zabił.
Z tego co słyszę i czytam od dawna, sporo czytelników nieszczególnie przepada za twórczością Perssona bo u niego nie za wiele się dzieje. Śledztwa są żmudne, przedstawione drobiazgowo, narracja skupiona jest na policyjnej pracy, główkowaniu a nie budowaniu wartkiej akcji, a do tego jeszcze często w treści przewijają się obserwacje społeczne. Dla mnie to akurat duży atut. Zwłaszcza, że facet, jak mało który autor kryminałów, wie o czym pisze. To nie tylko był policjant, ale także profesor kryminologii. I tak też jest w tej książce. Persson nie porywa akcją, ale jest do bólu prawdziwy. Poza tym to solidnie napisany, momentami nawet dowcipny kryminał. A obcowanie po raz kolejny z tym oblechem Bäckströmem? Przyjemność sama w sobie.


Antonio Manzini – Zła pora roku



Wydawnictwo Muza, przełożył Paweł Bravo, 317 str.

Pierwsze zdanie: Piorun rozdarł noc i na moment niczym fotograficzny flesz oświetlił białą furgonetkę, która zjeżdżała powoli z Saint-Vincent w kierunku Aosty.

Z nową na polskim rynku serią Antonio Manziniego miałem podobnie jak z opisanym wyżej cyklem Perssona – polubiłem ją przede wszystkim ze względu na głównego bohatera. Rocco Schiavione to typ o charakterystyce nieco podobnej do Bäckströma tylko jest od niego trzy razy bardziej zabawny i pięć razy bardziej inteligentny. Uwielbiam jego poczucie humoru, to w jaki sposób traktuje swoich współpracowników, a zwłaszcza tych dwóch mało rozgarniętych policjantów D'Intina i Derutę. Jego błyskotliwe riposty, porównywanie nowo poznanych postaci do zwierzątek, palenie skrętów na dobry początek dnia, ranking upierdliwości, no w ogóle wszystko. Powtórzę to, co już kiedyś napisałem, Rocca spośród moich ulubionych bohaterów kryminalnych przewyższa jedynie inspektor Rebus stworzony przez Iana Rankina, ale ten z kolei dzierży to miano dożywotnio.
Do brzegu. W trzeciej części cyklu, który na szczęście ukazuje się zgodnie z kolejnością, Rocco ma zająć się wypadkiem auta na kradzionych blachach, w którym zginęło dwóch mężczyzn. Okazuje się, że to dopiero wstęp do grubszej sprawy dotyczącej porwania nastolatki z bogatej rodziny.
Znów nie jest to specjalnie skomplikowana zagadka kryminalna i znowu podana jest w sposób jak najbardziej klasyczny. Po występujących w poprzednich tomach wątkach związanych z nielegalnymi emigrantami czy przemocą domową, tym razem Manzini pochyla się nad zorganizowaną przestępczością i jej powiązaniami z lokalną społecznością, które wynikają z tarapatów ekonomicznych w jakie wpadły Włochy. Poza tym Rocco dalej mocno cierpi po stracie żony i niszczy jedenastą parę clarksów (ulubionych butów). Jeżeli chodzi natomiast o nowości, to pojawia się pewien zabieg konstrukcyjny, którego dotychczas Manzini jeszcze nie stosował – w narrację wplecione zostają krótkie fragmenty napisane z perspektywy uwięzionej dziewczyny. Osobna rzecz to mocny finał, który wróży, iż w kolejnej części to dopiero będzie się działo.

Obecnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...