O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Literackie rozczarowania

... czyli zamykam podsumowanie I półrocza 2018 r.

Po zestawieniu 10 książek, które, z 63 przeczytanych w I półroczu, zrobiły na mnie największe wrażenie, czas na te z przeciwległego bieguna. Tak się przykro złożyło, że ich też jest dziesięć. Jednak zanim konkrety, tradycyjne już przypomnienie dwóch zasadniczych kwestii. Po pierwsze, każde tego typu podsumowanie czy zestawienie jest na wskroś subiektywne i odpowiada zań niejaki Mikołaj Marszycki. Tak, są tacy którym niezmiennie trzeba o tym przypominać. Po drugie, rozczarowania to nie tylko książki słabe, nieudane, przereklamowane czy źle napisane, ale również takie, które mogą być, i są, całkiem niezłe, ale nie sprostały oczekiwaniom lub też czegoś im zabrakło.


Zacznę od tych, o których pisałem już wcześniej. O Mojej córce komunistce i Z nienawiści do kobiet tu – http://mikolajmarszycki.natemat.pl/233359,szybka-siodemka; a o Opowiadaniach bizarnych tu – http://mikolajmarszycki.natemat.pl/242165,4-x-opowiadania-cz-1

Co do książek starych mistrzów, Jerzego Pilcha i Eustachego Rylskiego, jakkolwiek obie książki napisane zostały wybornym językiem i nie ma co ukrywać, że pod względem formy jest to dopieszczona, stylowa literatura piękna, tak jeśli mowa o fabule i tym co owe powieści ze sobą niosą, to spotkało mnie rozczarowanie. Mało tego, zwyczajnie nudzą. Naprawdę, z trudem dobrnąłem do końca zarówno jednej, jak i drugiej.
Nowym Pilchem w zasadzie nawet nie jestem już specjalnie zaskoczony - od Wielu demonów nie napisał bowiem ani jednej dobrej powieści. In plus muszę natomiast napisać, że Żywego ducha, choć słabe (zwłaszcza w pierwszej części), jest i tak lepsze od dwóch poprzednich niewypałów jakimi były dla mnie Portret młodej wenecjanki oraz iście okropna Zuza albo czas oddalenia. Silna melancholia, postępujące przygnębienie, a nawet twórczy kryzys, starość, niedołężność, wspominki erotycznych uciech itp. itd. Nie chce mi się już o tym czytać po raz kolejny, zwłaszcza że jest to też takie opowiadanie dla samego opowiadania. Tematy te zostały już zresztą wspaniale opisane i wyczerpane w Dziennikach. I jeszcze ta „kiwka”, że bohater to przecież nie ja czy ten zupełnie niedociągnięty zabieg fabularny o nagłej apokalipsie. No ludzie... Owszem, są tu świetne zdania, niezłe fragmenty, kilka ciekawych obserwacji, jednak jako całość – zawód.


Do nowego Rylskiego też podchodziłem z pewną obawą. Zwłaszcza czytając zapowiedzi o czym to Blask ma traktować. Że to antyutopia czy też dystopia. Ale że książki starych mistrzów czytam niejako z urzędu – i po kolejnego Pilcha sięgnę, choćbym nie wiem jak był rozczarowany poprzednim, to i chwyciłem Rylskiego. I mniej więcej do połowy całkiem mi ta lektura dobrze szła. Uwielbiam bowiem tę jego finezyjną, elegancką i dopracowaną polszczyznę. Sama treść początkowo też wydawała mi się niezła, ale im głębiej w las... Na dłuższą metę zwyczajnie męczący jest ten cały Gaponia uwikłany w otaczającym go chaosie, ta wykreowana chora przyszłość w zniewolonym kraju, to okrucieństwo upadającego aparatu rządzącego, te wszystkie puste, durne i obrzydliwe indywidua, ten Don tyran bez właściwości. Po co o tym czytać? Nie wystarcza to co czytam i słyszę na co dzień? Zwłaszcza, że sama przestroga gdzie jako naród możemy się znaleźć, to jednak trochę za mało. Mam tego świadomość i bez tej lektury. A już najbardziej irytuje fakt, że jest to jednak rzecz w pewnym stopniu propagandowa. Choć Rylski nie wali niczego prosto z mostu, nie sposób nie wyczuć o co i o kogo chodzi. Niestety, to uwikłanie akurat tego autora w politykę totalnie mi nie pasuje.



Jeśli chodzi o Naszego chłopaka to naprawdę nie rozumiem powszechnych zachwytów nad tą książką. Nawiązując do jej okładkowych blurbów - mnie nie zachwyciła, przede wszystkim nie powiedziała nic nowego, a już na pewno nie poczułem się nią sparaliżowany i wstrząśnięty. Prędzej zmieszany. A na pewno rozczarowany. Jest bowiem Nasz chłopak nowelą zupełnie przeciętną i choć wyraźnie obliczoną na wywołanie odpowiedniego wrażenia to także niedopracowaną (zwłaszcza w finale). Bliski tematycznie Zawód ojca Sorja Chalandona debiut Magariela nakrywa czapką. A pozostając już wyłącznie w ramach katalogu Wydawnictwa Pauza to nieporównywalnie lepszą i ciekawszą lekturą, w podobnym nieco klimacie, jest Legenda o samobójstwie Davida Vanna.

Na lekturę Patrii, powieści o dwóch baskijskich rodzinach i organizacji terrorystycznej ETA, nastawiałem się szczególnie. Raz, ze względu na trudną i niesamowicie ciekawą XX-wieczną historię Hiszpanii, którą interesuję się od jakiegoś czasu, dwa, z prozaicznego powodu - bardzo lubię i cenię tamtejszych współczesnych pisarzy i pisarki. Spodziewałem się, niestety – napisałem niestety bo jednak nie powinno się tego robić, a więc mieć zawczasu wygórowanych oczekiwań - czegoś w stylu książek dwóch genialnych Javierów – Cercasa i Mariasa, Antonia Munoz Moliny czy nawet Dulce Chacon. Dostałem, co prawda bardzo przyzwoitą i bez bólu przyswajalną powieść, ale jednak należącą do gatunku popularnych czytadeł. Aramburu, chcąc zapewne dotrzeć do mas poszedł w niej trochę na skróty np. jeśli chodzi o konstrukcję całości (bardzo krótkie, odcinkowe rozdziały) czy niespecjalnie pogłębione portrety psychologiczne bohaterów. Za dużo tu też skupienia na warstwie, którą nazwałbym obyczajowo-melodramatyczną, gdy chciałoby się przecież maksymalnie zgłębić problemy historyczno-polityczne. Cóż, Patria, choć całkiem ciekawa i posiadająca niewątpliwy potencjał, wielką literaturą nie jest.

Co do Innych ludzi Doroty Masłowskiej to skończyłem tę książkę z niemałym trudem - rymowanych tekstów hip-hopowych wolę jednak słuchać niż je czytać. Jakoś niespecjalnie mi to idzie, nic nie poradzę. Doceniam za to język, jego rytm i zaskakujące konfiguracje, które tu występują. Fenomenalne ucho, które słyszy dużo więcej niż każde inne. Zmysł obserwacji itp. itd. W ogóle autorce dobrze życzę i niezmiennie szanuję ją za debiut. Niestety, język - i co trzeba podkreślić, bardzo ładne oraz oryginalne wydanie samej książki - to nie wszystko. Jest jeszcze fabuła. A ta, bądźmy sprawiedliwi, to kompletne rozczarowanie. Banalna. I może tyle na ten temat.

Na koniec dwa osobne przypadki: Patrioci i Pierwszy bandzior. Powieści, których - nie znajdując w nich kompletnie nic dla siebie – najzwyczajniej w świecie nie doczytałem do końca. A przyznam od razu, że porzucić lekturę zdarza mi się naprawdę bardzo rzadko. Pierwsza była niebywale nudna, a druga totalnie do mnie nie trafiła - na każdym poziomie, od samej chaotycznej koncepcji po język.

Obecnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...