O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

O mordercy i sobie samym

… czyli Molina wraca do Lizbony w olśniewającym stylu

Antonio Muñoz Molina – Jak przemijający cień



Wydawnictwo Rebis, przełożył Wojciech Charchalis, 441 str.

Pierwsze zdanie: Lęk obudził mnie w świadomości tamtego; lęk oraz odurzenie lekturami i poszukiwaniem.

Antonio Muñoz Molina wraca do Lizbony! Hiszpański autor łączy w tej powieści kilka wątków, wśród których zasadniczą role odgrywają dwa. Pierwszy dotyczy Jamesa Earla Raya, który w 1968 r. zamordował Martina Luthera Kinga i w trakcie ucieczki przez dziesięć dni przebywał w stolicy Portugalii. Mamy więc przede wszystkim skrupulatnie opisane losy Raya w tym mieście. Dużo tu faktów i szczegółów, ba, Molina potrafi nawet mieć gest i przedstawić krótką historię prostytutki, z usług której skorzystał Ray. A co! Oczywiście skupia się również na życiu samego mordercy (od narodzin) oraz opisuje sam zamach na pastora Kinga i poprzedzające go przygotowania. Co, dodajmy, w ciekawy sposób uzupełnia lekturę świetnej, ubiegłorocznej pozycji z gatunku non-fiction pt. Ogar piekielny ściga mnie Hamptona Sidesa.
Drugi wątek, autobiograficzny, to wspomnienie Moliny, który blisko 20 lat później przyjechał na kilka dni to tego miasta będąc w trakcie pisania swej słynnej powieści - Zimy w Lizbonie. Nieco dziwne prawda? A może nawet podejrzane? Zarówno o mordercy jak i sobie samym na raz? Jeszcze w takim odstępie czasu? Brzmi rzeczywiście dziwnie, ale udało się. I to w sposób niezwykły.


Jak przemijający cień jest bowiem oryginalną, wielowymiarową książką o dopracowanej, syntetycznej formie, niosąca za sobą co najmniej kilka znaczeń. To przede wszystkim rodzaj kontrapunktu pomiędzy wspomnianymi podróżami obu głównych bohaterów, w których najważniejszą rolę pełni motyw ucieczki. Ucieczki do Lizbony, która pełni rolę swego rodzaju spoiwa.
Ray wiadomo, ucieka przed wymiarem sprawiedliwości próbując zdobyć wizę do Angoli. Sam autor natomiast od rodziny (żona, mały syn, drugi w drodze), od samego siebie i swojego życia (m.in. rozczarowania nudną pracą urzędnika). Ucieka w proces twórczy. Obaj bohaterowie, bardzo samotni (co jest jednym z charakterystycznych motywów u Moliny) znajdują się w specyficznych momentach. Ich niestabilne życie przemija bowiem niczym tytułowy cień. Co ciekawe, autor potrafi przy przedstawianiu tych dwóch życiowych prawd - bo to są przede wszystkim bardzo szczere historie - być bardziej srogim dla siebie samego niż dla mordercy, w którym jak mi się zdaje próbuje znaleźć przede wszystkim człowieka.
W dużym stopniu jest to także rodzaj intymnej spowiedzi autora, który rozlicza się tu z samym sobą – Chowałem się przed każdym życiem w innym życiu. Pomiędzy moimi prawdziwymi czynami i moimi pragnieniami czy marzeniami rzadko zachodził jakiś związek. Molina rozlicza się też ze swoim stosunkiem do ówczesnej żony, rodzicielstwa, ale także np. z problemami z alkoholem. Pojawia się także drugi obok samotności typowy dla niego motyw, miłości – autor zostawia przecież żonę dla pewnej dziennikarki.

Innym bardzo ważnym tematem książki jest sama literatura. Molina nie tylko w sposób interesujący i pełen detali przybliża sam proces twórczy przy pisaniu Zimy w Lizbonie, ale idzie jeszcze dalej i głębiej. Stać go np. na tak intymne wyznania – Ani jednego dnia w życiu nie usiadłem do pisania bez przytłaczającego poczucia niemożności i niechęci.
Ale zastanawia się także nad samą istotą tworzenia czy zadaniami jakie stoją przed literaturą.


Wierzyłem wtedy (…) że zadaniem literatury jest wymyślać doskonałe formy, stworzone z symetrii i rezonansów, które nadadzą doświadczeniu świata porządek i znaczenie, w przeciwnym razie będzie mu ich brakowało.



Próbuje odpowiedzieć na pytanie czym jest powieść:

Powieść to stan ducha, ciepłe wnętrze, w którym piszący skrywa się jak w kokonie, nitka za nitką przędzonym od środka, zamyka się w nim, widzi świat zewnętrzny jako rozmazaną jasność po drugiej stronie prześwitujących ścian. Pisze się powieść po to, żeby się wyspowiadać i żeby się ukryć. Powieść i szczególny stan ducha, w którym trzeba się zanurzyć, żeby ją napisać, wzajemnie się karmią; to szczególna długość fali, jak muzyka, której człowiek słucha z daleka i którą stara się doprecyzować poprzez pisanie.

Szczególnie dużo miejsca poświęca także rozmyślaniom nad ideą czy też koncepcją fikcji. Przypomina sobie jak pojmował ją jako początkujący pisarz i młody człowiek, a jak to wygląda teraz. Jakie miejsce zajmuje ona w jego życiu.

Jak przemijający cień jest powieścią niebywale inteligentną. Ba, także erudycyjną. Nawiązującą do literatury, zwłaszcza hiszpańskiej, czy także gatunkowej - Molina pisze w niej choćby o swojej miłości do kryminałów, przywołując takich klasyków gatunku jak G.K. Chesterton czy Raymond Chandler – ale również do filozofii czy muzyki. Mnie zachwycił przede wszystkim sposobem w jaki odnosi się tu do jazzowych muzyków. Wspomina starych mistrzów, których dane mu było widzieć i słuchać na żywo, ale też we wspaniały sposób literacko pochyla się m.in. nad Elvinem Jonesem, Dizzym Gillespim czy Tete Montoliu. Także sam jazz, specyfikę tego rodzaju muzyki, często zderza z samą literaturą:

Kochałem muzykę samą w sobie, a także jako model etyczny i estetyczny dla uprawiania literatury, jej mieszaninę dyscypliny i samowoli, wielkiej biegłości technicznej i absolutnej kontroli, a jednocześnie improwizacji i uniesienia, lekkości i głębi, szybkości i powściągliwości. Tak właśnie chciałem, żeby brzmiało to co piszę (…)

Jest to więc proza, która również niebywale sensualnie działa na zmysły. Ale są w niej także kapitalne, pojedyncze, krótkie sceny, jak choćby ta, w której Molina odwiedza w Madrycie jednego ze swoich mistrzów, urugwajskiego pisarza Juana Carlosa Onettiego – Przypomniałem sobie, że mówił o trzech rzeczach, które najbardziej lubi: „Pisać, powoli się upijać, kochać się”.

Po tych kilku cytatach nie muszę już chyba dodawać, że jest to rzecz napisana w olśniewającym stylu i świetnym językiem. Napiszę za to, że to książka naprawdę wymagająca. Niełatwa w odbiorze szczególnie ze względu na zawiłą narrację i skomplikowaną konstrukcję. Z drugiej strony to literatura, która ma wielką siłę i potrafi - jestem o tym głęboko przekonany - wynagrodzić sama sobą każdy wysiłek, który jej się poświęci. Trzeba tylko podjąć wyzwanie i spróbować się w nią zanurzyć.

Obecnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...