O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Kryminały na drugą połowę wakacji

… czyli co już przeczytałem i polecam, a co jeszcze przede mną

Blisko połowa wakacji już za nami a nie było tu jeszcze ani słowa o kryminałach. Dziś nadrabiam to rażące niedopatrzenie. Najpierw o czterech książkach z tego gatunku, których lektura już za mną. Następnie słów kilka o sześciu innych, które, jeszcze nieprzeczytane, zabieram ze sobą na sierpniowy urlop.


Jiří Březina – Przedawnienie



Wydawnictwo Afera, przełożyła Agata Wróbel, 277 str.

Pierwsze zdanie: W przedziale było pusto.

Przedawnienie to całkiem niezły, klasyczny kryminał. Co prawda początkowo denerwowała mnie jego konstrukcja – opowieść w opowieści i przeplatanie narracji trzecioosobowej z pierwszoosobową, ale z czasem przywykłem. W ogóle z tą książką jest tak, że im dalej tym lepiej. Duży plusy to przede wszystkim osadzenie akcji na pograniczu czesko-austriackim oraz śledztwo z przeszłości powiązane z dramatyczną historią odbywających się tam przesiedleń niemieckojęzycznej ludności. Ale nie tylko, przewijają się także wątki związane z okresem przemian ustrojowych. To także kryminał, w którym autor próbuje zastanowić się nad istotą człowieczeństwa: W każdym z nas kryje się zwyrodnialec. Pytanie, czy potrafimy utrzymać go na łańcuchu.
Sama zagadka kryminalna nie jest specjalnie skomplikowana ale zdecydowanie się broni, a wszystko dobrze się tu komponuje bez zbędnego naciągania. Napisane jest to prosto i sprawnie. Czyta się błyskawicznie.
Minus dałbym z kolei za niedostateczne nakreślenie postaci głównego bohatera – młodego policjanta, niejakiego Volfa – o którym wiemy jedynie tyle, że dostał dyscyplinarkę oraz że słucha black metalu. Już bardziej dokładnie sportretowany został były policjant, a obecnie prominentny polityk Novotny, który zajmował się kiedyś morderstwem, nad którym pracuje Volf. Ale koniec końców, w epilogu Březina anonsuje sprawę zwaną Południcą, którą „zawalił” (?) Volf, co ma świadczyć, że możemy spodziewać się kontynuacji, w której prawdopodobnie poznamy głównego bohatera lepiej.
Reasumując, Przedawnienie może nie rzuca na kolana, ale okazuje się być solidnym kryminałem z ciekawym historyczno-politycznym tłem i pozwala mieć nadzieje, że kolejne części cyklu będą jeszcze lepsze. A w bonusie dodam, że jak dla mnie ma świetną, niesztampową, mało kryminalną okładkę.


Mariusz Czubaj – Dziewczynka z zapalniczką



Wydawnictwo WAB, 273 str.

Pierwsze zdanie: Dziewczynka uśmiechnęła się przez sen.

Kolejna część cyklu z Rudolfem Heinzem nie jest na pewno najlepszym kryminałem Mariusza Czubaja, jak można było przeczytać np. w recenzji zamieszczonej w Newsweeku. Z drugiej strony, ten autor nie zwykł schodzić poniżej pewnego, dodajmy - wysokiego poziomu, i Dziewczynka z zapałkami to rzeczywiście kawał sprawnie napisanej, dobrej rozrywki, której może mu pozazdrościć, i pewnie zazdrości, spora część rodzimych autorów parających się tym gatunkiem.
Tym razem Heinz, stojący trochę na rozdrożu co do swojej dalszej przyszłości w policji, mobilizuje się aby rozwiązać zagadkę morderstwa dawnego kolegi po fachu – Jacka Szymona. Panowie bardzo się lubili, choć w nieco inny sposób podchodzili do swych obowiązków:


Szymon był krzyżówką policjanta i greckiego filozofa, który poszukuje prawdy między ludźmi, podczas gdy Heinz wolał analityczne i bardziej usystematyzowane metody prowadzenia spraw.

Szybko okazuje się, że sprawa Szymona łączy się z dawnym brutalnym zabójstwem kilkuletniej dziewczynki. A jakby tego było mało, z więzienia wychodzi przestępca, który chce się zemścić na Heinzu.
Czubaj zmieścił te trzy wątki w niecałych 300 stronach, co oznacza, że cała historia napisana została bardzo oszczędnym, prostym językiem. Poza tym dostajemy wyłącznie kryminalny destylat, w którym punkt ciężkości położony został raczej na samej, dość okrutnej trzeba przyznać, intrydze. Ta, poza wspomnianą brutalnością jest dobrze, wartko poprowadzona i zharmonizowana. Przede wszystkim chodzi w niej o to, w jaki sposób doszło do zabójstwa, a rozwiązanie całej - całkiem sensownej zagadki - jest tu bardzo dokładnie wytłumaczone. Sama kwestia kto zabił, nie jest już aż tak istotna. Zresztą wyrobiony czytelnik powinien spokojnie rozszyfrować mordercę przed finałem.
Udanym zabiegiem jest nawiązanie – nie tylko w tytule, ale i w samej treści – do twórczości słynnego Duńczyka Jana Christiana Andersena, którego baśnie okazują się mieć duży wpływ na samo śledztwo. Fajne są też zamieszczone w fabule animozje jakie występują na Śląsku między hanysami a gorolami. I właśnie większej ilości tego typu smaczków trochę mi brakuje w tym niebywale skupionym na samej intrydze kryminale. W końcu to one robią i urozmaicają klimat powieści.


Peter May – Na szlaku trumien



Wydawnictwo Albatros, przełożył Lech Z. Żołędziowski, 381 str.

Pierwsze zdanie: Pierwsze, co czuję, to słoność.

Z jednej strony, jak niektórym już wiadomo, mam wyraźną słabość do autorów kryminałów i thrillerów ze Szkocji. Nie tylko ze względu na panów R (Rankin/Rebus) ale także na piękno krajobrazów tego kraju - a u Maya opisów tamtejszej olśniewającej przyrody jest bez liku. Dodatkowo kręcą mnie też takie drobiażdżki jak czytanie o miejscach, w których byłem - tu np. o moście na wyspę Skye czy miasteczkach Portree i Uig. Mogę więc uchodzić za nieobiektywnego.
Z drugiej, uwierzcie, Na szlaku trumien to naprawdę dobry thriller jest. May, po raczej nieudanej Wyspie powrotów i niezłym, acz bardziej obyczajowym niż kryminalnym Na gigancie, wraca do wysokiej formy spod znaku trylogii o Wyspie Lewis, czyli jego najwybitniejszego osiągnięcia.
I tak, mamy tu interesującą i niebłahą fabułę dotykająca problemu, napisałbym, globalnego. Szkocki autor zadbał również o zmyślną, pokręconą intrygę z kilkoma zaskakującymi zwrotami akcji. Konstrukcyjnie też bez większych zarzutów - całość nawet trzyma się kupy. Owszem można się przyczepić do kilku mało logicznych zachowań bohaterów, jednak to raczej tylko drobiazgi. Napięcie może nie jest tu jakieś porażające ale odnotowano. Do tego trzy przeplatające się wątki i trójka zróżnicowanych bohaterów – Neal Maclean, który stracił pamięć; nastolatka Karen próbująca dowiedzieć się czemu jej ojciec popełnił samobójstwo oraz prowincjonalny policjant z nadwagą, sierżant Gunn.
Poza tym, niezły, literacki język. Te niesamowite, dzikie Hebrydy Zewnętrzne jako istotne tło całości. No i pszczoły... Ale o nich sza.


Jędrzej Pasierski – Dom bez klamek



Wydawnictwo Czarne, 343 str.

Pierwsze zdanie: O siódmej rano budzono pacjentów na leki.

Dom bez klamek to zaskakująco udany debiut kryminalny. Co prawda Pasierski wykorzystuje w nim ograne już motywy gatunkowe – szpital psychiatryczny, zbrodnie popełniane przez kogoś z wąskiego i zamkniętego grona osób, ambitna, silna a jednocześnie krucha policjantka z osobistymi problemami, duszny klimat historii itd. – jednak szyje z nich całkiem sprawną fabułę, nie ocierającą się o banał.
Mimo systematycznie pojawiających się kolejnych trupów akcja rozwija się tu raczej wolno. To efekt tego, iż autor postarał się, by dość realistycznie oddać specyfikę i trudy śledztwa. Główna bohaterka, podkomisarz Nina Warwiłow, na przemian łapie i gubi tropy, posuwa się z dochodzeniem do przodu, ale i popełnia w nim błędy. A że sama zagadka kryminalna jest mocno skomplikowana to właśnie tak to wygląda i dojście do jej rozwiązania trochę musi potrwać. Zwłaszcza że, aby ją rozwikłać trzeba będzie sięgnąć mocno w przeszłość. Z kolei żeby „po drodze” nie było nudo Pasierski zadbał o kilka nawet zaskakujących twistów. W ogóle konstrukcyjnie wygląda ta historia bardzo dobrze.
Jednak tym co mnie ujęło w Domu bez klamek najbardziej, jest sprawne oddanie polskiej rzeczywistości, a więc solidnie rozbudowane tło. Od fatalnej sytuacji w rodzimej służbie zdrowia, poprzez policję z jej wewnętrznymi problemami jak politykierstwo, karierowiczostwo czy seksizm, aż po przemoc domową i alkoholizm czyli osobiste problemy Warwiłow z ojcem, ale nie tylko z nim.
Sama bohaterka jest postacią ciekawą, napisałbym bardzo ludzką i dobrze rokującą na przyszłość czyli kolejne części serii, którą zapowiada już okładka. I tak, w kolejnym tomie chciałoby się żeby autor przynajmniej utrzymał poziom debiutu. Poza tym mógłby też ciut zdynamizować samą akcję i nieco podkręcić dialogi, które są jak na mój gust trochę za grzeczne. Choć zdarzają się też i momenty soczyste, o czym niech zaświadczy choćby poniższy fragment:

- Jakie DNA? Grupa krwi się nie zgadza. Denat miał grupę AB.
- Co to oznacza?
- A to oznacza, że jest pani niedouczona. – Technik znowu się zaśmiał. – I zawraca nam pani głowę.
Zacisnęła usta. Standard.
- Ale spokojnie, oświecę panią, zapłaci mi pani przy okazji – ciągnął technik. - Nie podaliście nam grupy krwi matki: wasze prawo. Ale tak się składa, że ptaszek nazwiskiem Strąk ma grupę krwi zero. A to oznacza, że jakąkolwiek grupę miała szacowna mamusia, denat nie mógł jej zapłodnić Strąkiem, że tak powiem. Bo dziecko osoby z grupą krwi AB może mieć grupę A, B albo AB, ale nigdy zero!
- Czyli…
- Czyli jest pani tępa – przerwał jej technik. Strąk nie może być dzieckiem Piotra Setnika i basta! A teraz chciałbym już zakończyć rozmowę, bo roboty mamy od chuja.


W kolejnej części proszę o więcej tego typu dialogów. Poza tym bez zarzutu.


Na koniec krótko o tych kryminałach i sensacjach, które zabieram ze sobą na urlop. Wybrałem nań następującą szóstkę:



Zacznę od ramotki. Elektryczna mgła to jeden z tomów obszernej serii, w której głównym bohaterem jest Dave Robicheaux. Cykl ten dawkuję sobie już od jakiegoś czasu i bardzo go sobie chwalę, a jego autora, Jamesa Lee Burke’a, niezmiennie cenię jako ciekawego i oryginalnego twórcę.

Wydane przed dwoma laty Najgorsze dopiero nadejdzie to debiut Roberta Małeckiego, którego twórczość co niektórzy mocno sobie chwalą. Do tej pory nie czytałem ani jednej części cyklu o Marku Benerze (ukazały się już trzy tomy) i teraz chcę się przekonać czy te pochwały rzeczywiście mają swoje uzasadnienie.

Teraz set tegorocznych nowości. Nigdy nie czytałem żadnego greckiego kryminału, więc gdy tylko pojawiły się na horyzoncie Niespłacone długi Patrosa Markarisa, nie zastanawiałem się długo. Zwłaszcza, że, jak czytamy w zapowiedzi, autor zadbał też o solidne tło społeczne skupiające się na wielkim kryzysie, który dotknął ten kraj kilka lat temu.

Co do Sejfu Rayana Gattisa, reklamowanego jako powieść gangsterska, to sięgnąłem poń mając w pamięci bardzo dobre, ocierające się o non-fiction, Miasto Gniewu tegoż autora. Spodziewam się zatem kolejnej ekscytującej wycieczki do mrocznego Los Angeles.

Na koniec dwóch znanych Skandynawów. Jedna jedyna to czwarta część cyklu Norwega Jørna Liera Horst, z komisarzem Williamem Wistingiem w roli głównej. Cyklu może nieszczególnie porywającego ale bardzo solidnego. Czytam go od samego początku i sobie chwalę.
Podobnie jest z Duńczykiem Jussi Adlerem-Olsenem i jego serią o Departamencie Q. Kartoteka 64 to również czwarta część cyklu. Chodzą słuchy, że jedna z najlepszych. Zobaczymy.

Teraz zamilknę blogowo na co najmniej trzy tygodnie, ale zapewne będę co nieco wrzucał na mój profil na Facebooku.

Obecnie czytam:

Trwa ładowanie komentarzy...