O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Ukryte arcydzieło.

Roberto Bolano w swojej ostatniej wielkiej powieści czyli jedna z najlepszych książek jakie czytałem w ogóle.

Roberto Bolano – „2666”



Pierwsze zdanie: „Jean-Claude Pelleier po raz pierwszy przeczytał Benna von Archimboldiego, mając lat dziewiętnaście, w święta Bożego Narodzenia 1980 roku w Paryżu, gdzie studiował na uniwersytecie literaturę niemiecką.”



Opasłe tomiszcze „2666”, to nie lada wyzwanie czytelnicze. Tysiąc stron drobnego druku. Całość podzielona na pięć części. Pierwsza, Część krytyków, to klasyczna powieść kampusowa, w której czterech europejskich badaczy literatury (trzech panów i jedna pani powiązani ze sobą oryginalnymi relacjami emocjonalno-erotycznymi), próbuje odszukać tajemniczego niemieckiego pisarza Benno von Archimboldiego, którego twórczością są zafascynowani. Trop poszukiwań w ostateczności wiedzie ich do Santa Teresa, w przygranicznym stanie Sonora w Meksyku. Część Amalfitana, koncentruje się na profesorze filozofii z uniwersytetu w tej samej Santa Teresa, który jest niezrównoważony psychicznie i systematycznie popada w obłęd odczuwając m.in. lęk przed tym aby jego córka nie stała się czasem ofiarą przemocy, bo w mieście tym kobiety giną co rusz. Część Fate’a opowiada o amerykańskim czarnoskórym dziennikarzu, który zostaje wysłany do Santa Teresa aby zrelacjonować walkę bokserską, ale bardziej niż boks interesują go właśnie morderstwa popełniane na kobietach. Część zbrodni, to z kolei relacjonowane w sposób suchy i pozbawiony emocji, przypominający nawet policyjne raporty, kolejne mniej lub bardziej drastyczne przypadki morderstw popełnianych na kobietach. Ta część, to z jednej strony podana na zimno kronika ofiar, a z drugiej przerażający portret samego miasta. Ostatnia Część Archimboldiego, to historia życia urodzonego na pruskiej prowincji niejakiego Hansa Reitera, który z żołnierza Wermachtu walczącego na froncie wschodnim przeistacza się w tajemniczego pisarza Benno von Archimboldiego, wymienianego nawet w gronie kandydatów do Nagrody Nobla. Dwa punkty wspólne łączące te pięć części, to przede wszystkim postać Archimboldiego, ale także meksykańska Santa Teresa, w której zbiegają się główne wątki. Tyle w dużym skrócie i uproszczeniu na temat samej fabuły.

Teraz bez zbędnego owijania w bawełnę o tym co mnie w tej powieści zachwyciło, bo trzeba Wam wiedzieć, że rzeczywiście jestem tą książką zachwycony i uważam ją za jedną z najlepszych jakie czytałem w ogóle. Zacznijmy może od jej rozmachu. Oś fabularna „2666” nie jest jeszcze specjalnie zawiła – losy specyficznego i dziwnego pisarza na jednym biegunie, a na drugim seria morderstw w meksykańskim, przygranicznym mieście wzorowanym zresztą na realnym, makabrycznym Ciudad Juarez, nie robi większego wrażenia. Ale przedstawienie tych dwóch zazębiających się historii, przy pomocy kilkudziesięciu wątków, z których wiele się ze sobą wcześniej czy później splata i przenika, a drugie tyle z kolei nigdy się nie kończy, urywa czy pozostaje bez jakiejkolwiek odpowiedzi. Setki postaci, od tych ważnych mających wpływ na rozwój fabuły, stopniowo odkrywanych, po te totalnie epizodyczne, które nagle pojawiają się i nie wiadomo kiedy znikają, i o których nie dowiemy się już kompletnie nic. Niezliczone ilości ciekawych motywów i anegdot. Historii wrastających jedna z drugiej w formie klasycznej powieści szkatułkowej. Kapitalnych historii! Jak choćby tej o malarzu, który obciął sobie rękę, ukraińskim żydzie Anskim, hojnie obdarzonym przez naturę rumuńskim generale czy nazistowskim urzędniku do którego trafił transport greckich Żydów. Ten swoisty miks barokowego przepychu z surrealistycznymi odjazdami i precyzyjnym dokumentem, który nawet na chwilę nie pozostawia czytelnika obojętnym. Tak, to już musi robić wrażenie.

A gdy dołożymy do tego jeszcze będący w szczytowej formie oraz pełen oryginalnych fajerwerków styl prozy Bolano - ale oczywiście przy założeniu, że są to fajerwerki odpalane z fantazją, z zaskoczenia i na pełnym spontanie, przez nakręconego tequilą gringo a nie np. przemyślany, dopracowany i dopieszczony, „puszczony” tuż przed five o’clock pokaz angielskiego dżentelmena w stylu np. Juliana Barnesa – oczywiście nic nie ujmując genialnemu anglikowi! Te jego odjechane, fantastyczne metafory np. „Od tej chwili rzeczywistość dla Pelletiera i Espinozy podarła się jak scenografia z papieru, która opadłszy, ukazała, co się za nią kryło: dymiący pejzaż, jakby ktoś, może anioł, przygotowywał setki palenisk na barbacoa dla tłumu niewidzialnych gości.” czy choćby sam sposób budowania i prowadzenia kolejnych fraz. No nie sposób się tym wszystkim nie zachwycić.



Mimo tego, lektura „2666”, to paradoksalnie nie jest łatwy kawałek chleba. To w ogóle nie jest książka dla wszystkich, książka którą można polecić od tak. To raczej książka dla wybranych. Przemierzając jej kolejne strony, człowiek czuje się jakby błądził zagubiony po jakimś tajemniczym labiryncie. Albo nagle odnalazł się w dziwacznym, pokręconym świecie ogarniętym totalnym chaosem. W tym świecie niestety króluje zło i jeżeli miałbym w dwóch słowach napisać o czym jest ta książka, to powiedziałbym, że przede wszystkim o złu i przemocy. Ale wspomniana wyżej wielowątkowość tego dzieła, występujące w nim liczne odwołania i aluzje, jej pewna wielofunkcyjność i niezaprzeczalna wielowymiarowość sprawiają, że jest to tylko jeden z najbardziej wyraźnych tropów. Równie dobrze mogę napisać, że jest to książka o literaturze czy o tajemnicy tego świata, albo o nękających współczesność szaleństwie i obłędzie tudzież o nieśmiertelnym lejtmotywie literatury jakim jest miłość i śmierć. Każdy, kto zmierzy się z tą powieścią, będzie zapewne widział wyraźniej inny wycinek z potężnej całości, której do końca jak sądzę ogarnąć się nie da. To jest w tej książce cholernie intrygujące i niezwykle pociągające. To jest to, co znamionuje, że mamy do czynienia z wielką literaturą. Taką która czasami zapiera dech w piersi, a czasem sprawia, że człowiek czuje się przy niej maluczkim i zupełnie nie wie co napisać…

I jeszcze taki cytat: „Wszystkie te dzieła, które nie są arcydziełami, są, jakby to powiedzieć, częścią ogromnego kamuflażu. (…) Wszystkie te dzieła, które nie są arcydziełami, są mięsem armatnim, waleczną piechotą, czymś co można poświęcić, zważywszy że powiela, w sposób różnoraki, schemat arcydzieła. Kiedy pojąłem tę prawdę, zarzuciłem pisanie. Mój umysł jednak nie przestał funkcjonować. Wprost przeciwnie, nie zajmując się już pisaniem, działał znacznie lepiej. I zadałem sobie pytanie: dlaczego arcydzieło musi być ukryte? Jakie to dziwne moce spychają je w sekretność i tajemniczość?”

Śmiem twierdzić, że genialny Chilijczyk - autor jednej już, wcześniej napisanej przed „2666” powieści totalnej pt. „Dzicy detektywi” - Roberto Bolano, poznał dobrze te dziwne moce.


Literackie tropy: takie choćby powieści totalne jak „Dzicy detektywi” tegoż autora, „O bohaterach i grobach” Ernesto Sabato, „Rozmowa w katedrze” Mario Vargasa Llosy, „Gra w klasy” Julio Cortazara czy opuszczając prozę latynoamerykańską „Bouvard i Pecuchet” Gustawa Flauberta.

Inne tropy:
Na sam koniec to, co wszyscy podają na początku – Bolano pisał „2666” mając na karku wyrok śmierci – był nieuleczalnie chory na wątrobę i czekał na jej przeszczep – nie udało mu się ukończyć powieści, zmarł. Ale te 1000 stron, to ponoć książka, która oddaje zamierzenia Bolano. Pisarz chcąc zapewnić spokojny byt swojej rodzinie sugerował żeby każdą z pięciu części wydać z osobna i w ten sposób uzyskać więcej pieniędzy – rodzina zadecydowała inaczej i moim skromnym zdaniem chwała im za to, bo pięć osobnych książek nie robiłoby takiego wrażenia i nie miało takiej mocy jak ten jeden tom.

PS. W „2666” pojawia się zabawna charakterystyka wielu europejskich narodów w tym Polaków: „Polacy wyglądają jak kury, ale wystarczy że wyrwiesz im cztery piórka, a zobaczysz jak wychodzi spod nich świńska szczecina.”
Trwa ładowanie komentarzy...