Marna walka o poprawienie świata.

Ponieważ ostatnio było o Czechu, to teraz będzie o Słowaku. Żeby zachować tak zwaną poprawność polityczną oraz równowagę między narodami tworzącymi kiedyś sztuczny twór zwany Czechosłowacką Republiką Socjalistyczną.

Balla – „Świadek”





Pierwsze zdanie: „Źle mu się spało.”

Rzecz nie jest jakaś super świeża, bo z czerwca ubiegłego roku, ale chcę o tej książce koniecznie napisać, bo w tak zwanych mediach mainstreamowych pies z kulawą nogą się nad nią nie pochylił i mam nieodparte wrażenie, że jej premiera przeszła bez większego echa. Zresztą podobnie jak w przypadku pierwszej książki tego autora wydanej w Polsce pt. „Niepokój” z 2008 roku. A szkoda, bo ten cały Balla, to naprawdę niezły aparat. I jeszcze lepszy pisarz.
I cóż to za Balla zapytacie? Ano niejaki Vladimir, podpisujący się z własnego wyboru tylko z nazwiska. Cytując za okładką „Świadka” – „Najdziwniejszy” pisarz słowacki, mistrz czarnego humoru i egzystencjalnych rozważań.

Prawda li to, czy kolejny marketingowy chwyt? Prawda, sama prawda i tylko prawda. I tylko pozazdrościć naszym południowym sąsiadom takiego autora opowiadań. Balla pisze bowiem wyłącznie opowiadania. Tłumaczy to tym, iż tak cyzeluje zdania i poprawia je w nieskończoność, że na napisanie satysfakcjonującej go powieści zwyczajnie zabrakło by mu czasu. No i dobrze, Balla do pisania opowiadań stworzony jest tak samo, jak aktor do grania, a za przeproszeniem, dupa do srania. Że tak zacytuję klasyka, Kazimierza Dejmka.

Ale do rzeczy. Balla to rzeczywiście pisarz dziwny i bardzo oryginalny. Pisarz trudny. Pisarz nie dla wszystkich. Chociaż jak pisarz jest dla wszystkich, to jest przecież dla nikogo. Żeby nie napisać nawet do niczego. Słowak funduje nam dość dziwne, nieco pogmatwane i często nierealne opowieści, w których bardzo łatwo pogubić się, kto jest kim, czy to jawa czy sen i o co tu w ogóle chodzi? Czytanie Balli wymaga skupienia, pewnej otwartości umysłowej i dużej wyobraźni. Rzeczywiście jest egzystencjalistą. Ma faktycznie fajne poczucie humoru (tego czarnego jak smoła oczywiście). Lubi absurdy, surrealizm, komizm i groteskę. A z drugiej znowu strony bywa do bólu realny, rzeczywisty a nawet brutalny. Czytanie jego opowiadań, to prawdziwa przygoda. Nigdy nie wiadomo czym tym razem nas zaskoczy. Nigdy nie wiadomo co będzie dalej. A co najistotniejsze - nic nigdy nie jest u niego pewne tak do końca. No i rzecz znamienna - jeżeli umiejętność puentowania tekstu oceniałoby się jak w sztukach walki, to Balla ma w tym procederze czarny pas! Lepszych puent w życiu nie czytałem.



Jest w tym zbiorze wiele świetnych opowiadań. „Squat” o kobietach znęcających się psychicznie i fizycznie nad mężczyzną. „Obcy”, w którym do pracy na budowie jedzie zagranicę pewien pedagog i boi się spojrzeć w lusterko, bo nie wie co tam zobaczy. Czy kapitalna „Katastrofa w barze Pacyfik” – szkatułkowa opowieść o dużym natężeniu okrucieństwa. Ale jest też jedno, które wprost mnie urzekło. Co tam urzekło, prawie zabiło swą zwyczajną genialnością. Ma raptem kilkanaście zdań, zajmuje pół strony i nosi tytuł „Ernestowi”. Wnuczkowie informują babcię, że umarł jej brat. Babcia długo milczy, patrzy się w telewizor, po czym prosi jednego wnuczka żeby poszukał jej notatek z podpisem „Pocztówki na Boże Narodzenie”. Po czym mówi: „Już masz? Dobrze. Więc dopisz, proszę: Ernestowi już nie.”
Mistrzostwo świata!

Literackie tropy: Franz Kafka (jest nawet opowiadanie pt. „Przemiana”) i Roland Topor.

Inne tropy: Vladimir Balla jest na co dzień urzędnikiem państwowym. W wywiadzie udzielonym dla Biura Literackiego powiedział m.in. „(...) jeśli człowiek ma sam siebie szanować (...) musi poza urzędniczeniem, poświęcić się czemuś innemu (...) koledzy wybrali małżeństwo, pracę w ogrodzie, wędkarstwo, remonty i przebudowy rodzinnych domów, podróże lub alkoholizm. Ja, obok umiarkowanego alkoholizmu wybrałem sobie pisanie – marną walkę o poprawienie świata.”
Trwa ładowanie komentarzy...