O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Książka, którą trzeba odchorować.

Tryptyk Jeana Hatzfelda o ludobójstwie w Rwandzie nareszcie zamknięty. Ukazała się bowiem jego trzecia, ostatnia część w Polsce, a druga w kolejności - „Sezon maczet”. Przerażające wyznania katów z bagien.

Jean Hatzfeld „Sezon maczet”



Pierwsze zdanie: „W kwietniu, gdy kończą się nocne deszcze, pozostają często na niebie czarne chmury, przesłaniające pierwsze blaski słońca.”



Bolesna to lektura.
Książka z wąskiego gatunku tych, które zostają ci na długo, gdzieś pod skórą. I palą. Pieką. Swędzą. Książka, którą później koniecznie trzeba odchorować. Jak jakiś świerzb. Czy inne zakaźne cholerstwo. Bo inaczej się po prostu nie da. Książka dokładnie o takiej samej przerażającej mocy rażenia, jak poprzedzające ją dwie wcześniejsze pozycje tego samego autora.
„Strategia antylop” była swoistym podsumowaniem przeraźliwej tragedii, która zdarzyła się w Rwandzie 18 lat temu, kiedy Hutu zaczęli masowo ścinać Tutsi. „Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy”, to z kolei zbiór relacji ocalonych – tych którym jakimś cudem udało się przeżyć krwawe masakry. Pozostali więc jeszcze tylko ci, którzy mordowali – o nich jest właśnie „Sezon maczet”. O mężczyznach, którzy traktowali zabijanie jak zwykłą pracę. O takich gościach jak choćby Leopord.

LEOPORD: Ponieważ często zabijałem, zaczynałem czuć, że jest mi to obojętne. Nie czerpałem z tego przyjemności, wiedziałem, że nie spotka mnie kara, zabijałem bez konsekwencji, przystosowałem się bez problemu. Wychodziłem rano bez żadnych rozterek, spieszno mi było iść, widziałem, że praca i jej rezultaty są dla mnie korzystne, to wszystko.
Podczas masakr nie uważałem już osoby Tutsi za nic szczególnego, tyle że ma być zgładzona. Podkreślam, że nie żałowałem nikogo, od tego pierwszego pana, którego zabiłem, aż do ostatniego.


Albo takich jak Pancrace:

PANCRACE: Ścinanie kolb kukurydzy czy kiści bananów to taka sama praca. (...) Ścinanie na bagnach było coraz bardziej wyczerpujące, wie pan z czyjego powodu. (...) Na początku Tutsi bardzo liczni i wystraszeni, nie byli zbyt ruchliwi, to ułatwiało nam zadanie. Kiedy nie udawało się dogonić najzwinniejszych, dopadaliśmy słabeuszy. Ale pod koniec zostali już tylko przebiegli i silni i to stawało się zbyt uciążliwe. (...) W dodatku grzęzawisko gniło od trupów rozkładających się w mule. Było ich pełno i coraz bardziej śmierdziały, trzeba było uważać, żeby na nie nie stanąć.

Tudzież takich jak Alphonse:

ALPHONSE: Nikt nie oszczędzał niemowląt. Zabijało się je o ściany i drzewa albo od razu ścinało. Ale były zabijane szybciej, bo były małe i dlatego, że zadawanie im cierpień niczemu nie służyło. Słyszałem, że w kościele w Nyamacie polewano dzieci benzyną i palono, może to prawda, ale tylko kilkoro w zamęcie pierwszego dnia. Później już tak nie było. (...) Niemowlęta nie mogły przecież zrozumieć, z jakiego powodu cierpią, nie warto było tracić dla nich czasu.

Ja się czyta takie wyznania to człowiekowi otwiera się nóż w kieszeni. I jest się bezwzględnie za karą śmierci. Ba, myśli się wtedy nawet, że ta kara śmierci to jednak ciut za mało. Cholernie za mało.
Kiedy czyta się zakończenie tej książki i dowiaduje się, że wyżej wymieniony Alphonse został zwolniony z więzienia i groziło mu co najwyżej kilka lat robót publicznych w charakterze pielęgniarza albo kolesia, który będzie pracował przy utrzymaniu dróg, to człowiek czuje się zwyczajnie oszukany! Oszukany przez wszystko i wszystkich.
Kiedy czyta się tą książkę i te dwie wcześniejsze, człowiek czuje, że ten świat, to nie jest świat dla ludzi. Bo przecież zwierzęta potrafią zachowywać się lepiej.

Bolesna to lektura. Wstrząsająca. Próbująca wyjaśnić przerażający, okrutny i nieludzki mechanizm ludobójstwa. Próbująca, bo tak naprawdę tego do końca wyjaśnić się nie da.



„Osiągnięta wydajność znacznie przekroczyła wyniki uzyskane podczas ludobójstwa Żydów i Cyganów, jako że w trzy miesiące zabito około 800 tysięcy Tutsi. W 1942 roku, w najgorętszym okresie masowych egzekucji i wywózek, nazistowski reżim i jego pilna administracja, jego przemysł chemiczny, armia i policja (...) nigdy nie osiągnęły równie krwawych rezultatów na całym terenie Niemiec i w piętnastu okupowanych krajach.”


Literackie tropy: „Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy” Jean Hatzfeld; „Strategia antylop” Jean Hatzfeld; „Dzisiaj narysujemy śmierć” Wojciech Tochman

Inne tropy: Kiedy przeczyta się taką książkę jak ta, to ostatnią rzeczą jaką chce się robić jest szukanie innych tropów.
Trwa ładowanie komentarzy...