O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Asceta ocierający się o mistrza.

Kapitalny zbiór opowiadań. Po prostu.

Wojciech Albiński – „Soweto – my love”



Pierwsze zdanie: „Ksiądz Meyer siedział w kancelarii parafialnej.”



Przyznam się bez dłuższego bicia, że „Soweto – my love”, to mój pierwszy kontakt z pisarstwem Wojciecha Albińskiego. Słyszałem co prawda już dużo wcześniej to nazwisko, wiedziałem że jest taki starszy pan (autor debiutował w wieku 68 lat!), który pisze opowiadania o RPA, czytałem że „Achtung! Banditen!” było nominowane do nagrody Angelusa, ale jakoś się tak złożyło, że tylko słyszałem i czytałem o. Samej esencji, czyli tekstu, nawet przez szybkę nie liznąłem. Wiedziałem więc, że gdzieś dzwonią, ale nie wiedziałem w którym kościele. No to się nareszcie dowiedziałem. I opowiadań Albińskiego zasmakowałem. Ba, tak się w nich rozsmakowałem, że tuż po lekturze „Soweto – my love”, natychmiast nabyłem wcześniejszy tom opowiadań tegoż autora - „Lidię z Kamerunu”. W jednej z dużych księgarni internetowych, na wyprzedaży, za całe 5 zł! Także polecam, bo to prawdziwa okazja. Ale do rzeczy.

Albińskiego, który od wielu, wielu lat mieszka w Republice Południowej Afryki i bardzo dobrze zna jej realia, interesują żywo takie tematy jak apartheid, uprzedzenia rasowe i wszelkie konflikty powstałe na tym gruncie. Poza tym codzienne życie w tym kraju i kwestie bardziej uniwersalne. Ogólnoludzkie. Takie które dosięgają zwykłych śmiertelników pod każdą szerokością geograficzną. Wszędzie bowiem mamy przecież doczynienia z niesprawiedliwościami społecznymi, krzywdami, okrucieństwem czy przestępstwami. Ale także z trudną miłością, z życiem nadzieją, z problemami akceptowania siebie nawzajem, z wybaczaniem sobie czy wzajemnym pojednaniem. Między innymi o takich właśnie sprawach jest tych piętnaście opowiadań.

W tekście tytułowym syn bogatego, białego biznesmena, zakochany w pewnej Zulusce, nie może dotrzeć do swojej ukochanej – najpierw policjant poucza go, że za kontakty z czarnymi kobietami grozi mu dotkliwa kara. Później miejscowi „bad boys”, Tsotsi zabierają mu samochód, a jego samego nabijają na zardzewiałe szprychy sterczące ze starego roweru. W końcu zachowanie czystości rasowej to sprawa najważniejsza. „Johannesburg tej nocy” to obrazki z życia miejscowego gangstera, gdzie m.in. obrobienie wiernych podczas mszy w kościele, to akcja typu bułka z masłem. W „Siostrach świętej doktryny” poznajemy siostry zakonne, które pilnie szukają kota. Po co im ten kot? Ano dzieciom chorym na trąd, którymi zajmują się siostry, gryzonie nocą obgryzają palce u stóp. A matki tych dzieci oskarżają o ten okropny proceder właśnie siostry. Kot jest więc niezbędny. Natomiast w najlepszym według mnie opowiadaniu tego zbioru pt. „Kłamstwo za kłamstwo” biały farmer ma syna z czarną pomocą domową. Chłopak zostaje usunięty ze szkoły gdy społeczność kwalifikuje go jako „kolorowego”. A dalej wszyscy muszą opuścić RPA i po cichu wynieść się do sąsiedniej Bostwany.

Albiński sprzedaje takie historyjki w sposób ocierający się o mistrzostwo. Pisze prosto, rzeczowo, realistycznie, oszczędnie i bez jakichkolwiek fajerwerków. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że o tych największych tragediach i dramatach informuje czytelnika mimochodem, powściągliwie, niejako przy okazji. Ot tam gdzieś dopiero na drugim czy trzecim planie opowieści ktoś zginął, a niemowlakom palce wiszą na ścięgnach. No po prostu taki z niego wstrzemięźliwy asceta! Naprawdę kapitalny sposób na prowadzenie narracji. I świetny zbiór opowiadań. Warto.



A na samiuśki koniec oddajmy głos samemu Albińskiemu, który w wywiadzie dla Polityki powiedział tak: „Chciałbym pisać dwuzdaniami. Aforyzmami. Lekkie, krótkie. Samo dzianie się. I gdzie to się dzieje. Czy są jakieś drzewa, czy tylko pustynia. I kto, jacy ludzie. I ewentualnie rezultat – czy jakieś zwłoki leżą na ziemi, czy wszyscy są szczęśliwi.”

Literackie tropy: tak mi się coś wydaje - chociaż dopiero ledwie liznąłem temat, ale zaryzykuję, co mi tam - że Albiński pisze jak Albiński.

Inne tropy: Chodzą słuchy, że na podstawie jednego z opowiadań Albińskiego, Joanna i Krzysztof Krauze (jakby kto nie wiedział ci od „Długu” i „Placu Zbawiciela”) mają zrobić film. A póki film jeszcze nie nakręcony, posłuchajcie może jak fajnie grają chłopaki z Johannesburga
Trwa ładowanie komentarzy...