Tam gdzie kończą się tory.

Kolejowy rajd przez obie Ameryki w wykonaniu jednego z najlepszych na świecie pisarzy-podróżników. Czyli długa i ekscytująca droga z Bostonu do mitycznej Patagonii.

Paul Theroux – „Stary Ekspres Patagoński. Pociągiem przez Ameryki”





Pierwsze zdanie: „Jeden z nas, pasażerów metra, najwyraźniej nie jechał do pracy."

Pisarstwo Amerykanina z francusko-włoskimi korzeniami, Paula Theroux, to absoluty top światowej literatury podróżniczej. To tak tytułem wstępu żeby niezorientowani nie mieli żadnych wątpliwości z kim przyjdzie im obcować. Co prawda facet napisał też kilka niezłych powieści. Ba!, kilka z nich zostało nawet sfilmowanych m.in. „Wybrzeże Moskitów” Petera Weira z Harrisonem Fordem czy „Chinese Box” Wayne’a Wanga z Jeremy Ironsem, nakręcony na motywach powieści „Kowloon Tong”. Nie mniej jednak, mówiąc Theroux, w pierwszej chwili myślisz pisarz-podróżnik. I gdy, dalej idąc tym tropem, taki Bruce Chatwin od razu kojarzy ci się z Patagonią, Colin Thubron z Rosją i Syberią, słysząc Ryszard Kapuściński myślisz genialne reportaże, a Bill Byrson to humor i dobra zabawa, tak Theroux kojarzy się natychmiast z… pociągami. Bo to przecież autor słynnego „Wielkiego Bazaru Kolejowego”, w którym opisuje podróż koleją z Londynu, przez prawie całą Azję do Japonii i z powrotem. Człowiek który napisał „Pociąg Widmo do Gwiazdy Wschodu” czyli Wielki Bazar Kolejowy trzydzieści lat później, czy też „Riding The Iron Rooster” pociągiem przez Chiny (w Polsce jeszcze nie wydane). No i „Stary Ekspres Patagoński” - podróż z Bostonu do Esquel, ostatniej stacji w Patagonii.

Zwykło się przyjmować że, to „Wielki Bazar Kolejowy” jest największym osiągnięciem literackim Theroux. Dla mnie jednak (póki co!) numerem jeden jest właśnie „Stary Express Patagoński”. Charakterystyczny styl opisywania podróży, który narodził się podczas zwiedzania Azji, jak dla mnie w pełni rozkwitł dopiero cztery lata później, w 1979 roku, kiedy Theroux wydał właśnie zapis z „rajdu” po obu Amerykach. Dla Theroux ważniejsze niż samo podróżowanie do konkretnego miejsca, jest bycie w drodze. Powolne przemieszczanie się. Dokładna, spokojna obserwacja wszystkiego. Dworców, miast, krajobrazów i ludzi za oknem, scenek rodzajowych, współpasażerów, najdrobniejszych, czasem pozornie mało istotnych szczegółów, absolutnie wszystkiego co da się później przełożyć na materię literacką. Także wszelakich trudów związanych z tą drogą. Osobistych odczuć. I nie tylko tych, które dobrze wyglądają w druku - pozytywnych i jasnych, ale także, a może nawet głównie, tych które wiążą się z codzienną, męczącą prozą życia w podróży. Często przecież traci się cierpliwość, odczuwa niewygody, ból, zimno, upał, pragnienie, głód. Czasem też czuje się strach, a czasami zmęczenie wszystkim wokoło z naciskiem na towarzystwo innych. Bo z jednej strony Theroux chce poznawać i oczywiście poznaje ludzi, nawet tęskni za rozmowami z nimi, ale z drugiej uważa, że podróżowanie powinno być samotnym przedsięwzięciem i często współpasażerowie zwyczajnie go irytują lub nudzą. Lubi sobie też porządnie ponarzekać. I nie boi się o tym wszystkim pisać.

Dlatego np. obok zachwytów nad niesamowitą przełęczą Quindio (pionowe ogrody, domy przyklejone do zboczy) znajdziemy opis nędzy pod Gwatemalą, która wg. autora „stanowiła obraz największej beznadziei jaką widziałem w życiu”. Jeżeli przypadła mu do gustu stolica Ekwadoru Quito, to zaraz dodaje, że ziąb w niej panujący i zapierająca dech wysokość jest trudna do wytrzymania. Opisuje bardzo dokładnie i plastycznie jak w Peru dopadła go choroba wysokościowa, a pasażerowie pociągu wymiotowali sobie pod nogi. Jak w La Paz paskudnie skaleczył się w rękę i długo nie mógł zatamować krwi. Jak się upił kilkoma piwami i miał kaca giganta. itp. itd. Podobnych „życiowych” historii jest tu bez liku.



Żeby tylko nie było czasem, że Theroux to jakiś ponurak i maruda! Nic z tych rzeczy. Przede wszystkim facet jest kapitalnym obserwatorem i świetnym pisarzem. Książka jest napisana zachwycającym stylem. Taka relacja z meczu piłkarskiego Salwador-Meksyk, który widział w trakcie podróży – no palce lizać. Albo takie błyskotliwe spostrzeżenia np. „ (...) od wyjazdu ze Stanów Zjednoczonych nie widziałem psa, który by nie kulał, kobiety która by czegoś nie niosła, Indianina bez kapelusza.” Czy fajne porównania „Wyglądali zwyczajnie, nieśmiało przygarbieni, w porozciąganych bluzach i dżinsach, równie dobrze mogli należeć do grupy z akademika, która przegrała konkurs w przeciąganiu liny.” – to o meksykańskim gangu zboczeńców gwałcących kobiety. Wielka klasa. Do tego naprawdę spora porcja dobrego humoru, dowcipnych komentarzy i spostrzeżeń, a zwłaszcza inteligentnej ironii. „Stary Ekspres Patagoński”, to potężne, ponad pięciuset stronicowe tomiszcze, ale dzięki kunsztowi pisarskiemu i umiejętność nieustannego zaciekawiania czytelnika, książkę czyta się piorunem.

Na koniec jeszcze jedno. Theroux podczas tej podróży zatrzymał się na dłużej w Buenos Aires. Tam poznał ociemniałego Jorge Luisa Borgesa. Tak, tego Borgesa. Panowie przypadli sobie nawzajem do gustu – Theroux o Borgesie „był znakomitym kompanem” – spędzili razem sporo czasu, dyskutując, chadzają razem na kolacje, Theroux także dużo Borgesowi czytał.
Opis tych spotkań jest wprost genialny, jakiś taki trochę nierzeczywisty, a momentami nawet wzruszający. Po prostu wspaniały. I z tego typu podobnych smaczków składa się ta książka.

Literackie tropy: Paul Theroux to Paul Theroux. Klasyk.

Inne tropy: Patagonia widziana z okien Starego Ekspresu
.
Trwa ładowanie komentarzy...