Trzy szybkie smecze

… a w nich – nieudany powrót Hitlera, surrealizm z Izraela i francuska powieść noir.

Timur Vermes – „On wrócił”



Pierwsze zdanie: “Najbardziej zaskoczył mnie chyba naród.”

Pomysł na tę powieść jest tak kapitalny, prosty i prawie oczywisty, że aż dziw bierze, że ktoś wpadł na niego tak późno. Tym ktosiem okazał się Timur Vermes – niemiecki pisarz i dziennikarz, który pracował głównie dla tabloidów. Otóż Adolf Hitler budzi się „leżąc na ziemi na jakiejś niezabudowanej parceli” w środku Berlina. Nikt go nie poznaje, wszystko wygląda jakoś dziwnie, nie ma najbliższych współpracowników i coś ewidentnie jest nie tak. Mamy bowiem 20 sierpnia 2011 roku. Hitlera przygarnia pewien kioskarz, zafascynowany tym jak ten wygląda, w jaki sposób mówi i co mówi. Trochę przypadku, trochę szczęścia i Adolf uznany za zdolnego komika, doskonale podszywającego się pod byłego dyktatora, trafia do telewizyjnego show:

„ (...) – a tu, w tych nowych czasach, już po paru dniach znalazłem dostęp do telewizji, która do tego była kompletnie niewykorzystana przez przeciwnika politycznego. To było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe: w ostatnich sześćdziesięciu latach w dziedzinie komunikacji z ludnością wróg nie nauczył się absolutnie niczego.”

„On wrócił” reklamowany jest (i w podobnym duchu się o nim pisze), jako książka bardzo zabawna z jednej strony, a z drugiej taka, która jest niepokojąca czy nawet przerażająca i porażająca. Jak jest naprawdę? Zabawna ta historia jest umiarkowanie i to przez kilkadziesiąt pierwszych stron. Przerażająca i niepokojąc nie jest wcale. Mniej więcej po jednej trzeciej objętości lektury, kiedy główny pomysł przestaje „działać” i ta cała komiczna sytuacja staje się niejako oswojona, powieść robi się przeraźliwie nudna. No bo jaką można odczuwać przyjemność czytając nieustające, rozwlekłe i bełkotliwe przemyślenia, starszego dziwnego i lekko obłąkanego pana? Podobnie rzecz ma się z jego żenującymi przemówieniami do narodu. Czy to „Niesłychanie gorzka wiwisekcja współczesnego społeczeństwa” jak głosi okładka? Bez przesady, a jeśli nawet to głównie niemieckiego. Książka mocno osadzona jest w tamtejszych realiach i dla czytelnika, który ich dobrze nie zna, będzie ona najzwyczajniej w świecie niezrozumiała. Wałkowany tu wniosek, że media potrafią wykreować każde gówno, też nie jest specjalnie odkrywczy. Wystarczy przecież raz na jakiś czas włączyć telewizor. Wyjściowy pomysł świetny, reszta niespecjalnie. Strata czasu.
Za to świetna okładka.


Leore Dayan – „Ludzie wolą tonąć w morzu”



Pierwsze zdanie: „Było dla mnie jasne, że on nie jest prawdziwym dentystą i że wsadzi mi do zęba kamerę.”

Zbiór dziewięciu opowiadań Leore Dayan’a opublikowany przez rozpoznawalne do tej pory głównie z książek kulinarnych wydawnictwo Filo, inauguruje serię „Współczesna proza izraelska”. Debiut w tej nowej gatunkowo materii literackiej może nie powala, ale jest na pewno obiecujący. Dayan opisuje w całkiem zmyślny sposób, historie dotyczące młodych ludzi w Izraelu. Tyle tylko, że są to często prześmiewcze i nieco odjechane opowieści, pełne surrealistycznego klimatu, specyficznego poczucia humoru, spowite lekkimi kłębami absurdu. Już pierwsze opowiadanie w zbiorze pt. „Kamery zębowe to gówniany interes” daje dobry przykład tego, co czeka czytelnika dalej – jego bohater sam wkręca się w paranoiczne przekonanie, że dentysta wmontował mu kamerę w ząb, żeby go inwigilować. W jednym z najlepszych opowiadań zbioru pt. „Ostatnia misja żołnierza R.” mamy tajną Jednostkę Utrzymania Balonu, której jedynym zadaniem jest pilnowanie balonu przypominającego „wielką fruwającą macicę” wiszącego nad Izraelem w niewiadomym, oczywiście super tajnym celu. Z balonem tym wszystko jest ok. do momentu kiedy swoją wartę przy nim zaczyna żołnierz R., który za bardzo wczuwa się w swoją rolę. Albo kolejne bardzo dobre opowiadanie pt. „Projekt Cypr”. Tu z kolei, aż nadto kreatywny dziennikarz próbując wnieść na strony swojej gazety nieco „humoru i satyry” wymyśla newsa, że Cypr jest sztuczną wyspą, którą stworzyła Agencja Żydowska, jako ewentualne miejsce schronienia dla izraelskich Żydów w przypadku ostrego zaognienia konfliktu na Bliskim Wschodzie.
Autor ma ogromny dystans do tego co się dzieje we współczesnym Izraelu. Często kpi ze swojego narodu i kraju pisząc np. „Są dwie rzeczy, które produkuje nasz pieprzony kraj – wojny i pot” albo nazywając Izraelczyków „najgłupszym narodem na świecie”. Wydźwięk wszystkich tych tekstów, jest trochę taki jak ostatniego, i jednocześnie tytułowego opowiadania zbioru – ten kraj i życie w nim jest tak porąbane, że aby poczuć się w miarę normalnie trzeba dać zamknąć się w szpitalu dla nerwowo chorych. Napisane jest to potocznym, bardzo prostym językiem, ale w sposób dość efektowny. Dobrze i szybko się te opowiadania czyta. Można się przy nich pośmiać, jak i złapać na jakieś poważniejszej refleksji. Mam tylko jeden, za to zasadniczy problem z tą książką – w ten sam lub bardzo podobny sposób pisał już, i wciąż pisze, o Izraelu Etgar Keret.


Pascal Garnier – „Jak się ma twój ból?”



Pierwsze zdanie: „Ledwo słyszalny odgłos, który wyłania się z otchłani nocy, wystarczy, by sen prysł.”

Początek tej krótkiej powieści jest wprost genialny. I taki napisałbym mocno filmowy. Jak z braci Coen na przykład. Mężczyzna budzi się w hotelu. Nadgryza jabłko, idzie do łazienki, myje się, goli, ubiera. Bierze skakankę, staje na krześle, jeden koniec zawiązuje na haku od żyrandola, drugi na szyi. Czeka. Drugi mężczyzna wjeżdża hotelową windą. Kicha. O punkt ósmej wchodzi do pokoju, kopnięciem wybija krzesło spod nóg tego pierwszego – „Tylko odgłos uderzającego o podłogę krzesła i zmąconego powietrza”. Ze stolika zabiera pieniądze, kluczyki od samochodu, dokumenty i kopertę. Gryzie napoczęte jabłko. Kicha. Wychodzi. Poznajemy więc od razu zakończenie a cała pozostała treść dotyczy tego, jak do niego doszło. Zaznaczam jednak, że to żaden kryminał - raczej dotkliwa proza egzystencjonalno-psychologiczna połączona z groteskowymi, wręcz komediowymi elementami.
Dwóch głównych bohaterów tej powieści, to skrajnie różni faceci. Simon jest zimnym cynikiem. Niezbyt miłym, zamkniętym w sobie, bezdusznym, nie przepadającym za kontaktami z ludźmi i niebezpiecznym i złym człowiekiem. Jest jednak w tej postaci pewne pękniecie i jej obraz nie jest do końca taki jednowymiarowy. Z kolei Bernard, to taka dobroduszna ciapa. Chłopak do bólu prosty, zagubiony, bezradny oraz niepewny siebie i swoich postępowań. Obaj odbędą podróż nad morze, podczas której trochę będzie się działo, a życie Bernarda stanie na głowie i zacznie się na nowo.
Z tej pozornie nieskomplikowanej historii i pochylenia się nad ludźmi w większości bardzo przeciętnymi (oczywiście poza Simonem), Pascal Garnier wyciągnął bardzo wiele ciekawych obserwacji. Od tych banalnych, że wszyscy potrzebujemy miłości, po te bardziej skomplikowane dotyczące chociażby tego jak życie potrafi być dotkliwe i jak człowiek może się w nim pogubić. Ale to, czym ta krótka powieść wręcz urzeka, to fakt w jaki sposób została napisana. Niby styl nieskomplikowany a język raczej prosty, ale dawno nie czytałem tylu bardzo dobrych zdań (trafionych w punkt, eleganckich, czy też zaskakujących) i nietuzinkowych metafor. Oto ich próbka:

„Z dzieciaka ciekło jak z dziurawego kociołka.”

„W Bernardzie było tyle ochoty co w mrożonym filecie rybnym.”

„Życie wyciekło z niej jak olej z puszki.”


Albo taki dłuższy opis:

„Na moment oparła się o futrynę drzwi, przesadnie obrysowanym czarną kredką okiem oceniła odległość, jaka dzieliła ją od Simona, oraz przeszkody do ominięcia, po czym, jak byk nacierający na matadora, dmuchnęła nozdrzami i ruszyła naprzód z wyciągniętą dłonią, z twarzą rozpołowioną uśmiechem, który przypominał cięcie maczety w arbuzie.”

Smakowite. Kapitalne. Polecam.



Aktualnie czytam:
Trwa ładowanie komentarzy...