Konik morski na urlopie tacierzyńskim.

Kolejna porcja dobrej czeskiej prozy. Tej słodko-gorzkiej. Czyli zabawnie, lekko, ale również niegłupio, o tym co ze sobą niesie opieka nad trzylatkiem na pełen etat.

Petr Sabach – „Podróże konika morskiego”



Pierwsze zdanie: „Kiedy dzisiaj za Marią zatrzasnęły się drzwi, mętnie uświadomiłem sobie, że do końca życia nie zapomnę tego dźwięku.”



Dlaczego konik morski? Bo to jedyne stworzenie płci męskiej w przyrodzie, które wydaje potomstwo na świat. Co ma z nim wspólnego główny bohater tej książki, dwudziestopięcioletni mężczyzna z czeskiej Pragi? Ano podejmuje się opieki nad trzyletnim synkiem Pepinem, a żonie pozwala dalej rozwijać się zawodowo, dokładnie napisać doktorat. Czyli ojciec na długim, współczesnym tacierzyńskim z wyboru. W dzisiejszych czasach ewenement, prawda? Notabene nawet Microsoft Word sam poprawia mi uparcie ten tacierzyński na macierzyński. Tyle tylko, że książka ta nie dotyczy czasów współczesnych, a lat 70-tych, czyli późnego czeskiego komunizmu! I w dodatku ta historia nie jest wymyślona - to miało miejsce naprawdę!

Sabach, bardzo popularny u naszych południowych sąsiadów pisarz, na podstawie którego książek czeska kinematografia kręci jeden film za drugim (w Polsce znane są choćby „Pod jednym dachem” i „Pupendo” na podstawie książek „Gówno się pali” i „Pijane banany”), opisał swoje własne doświadczenia. Podczas gdy jego żona kończyła studia, on od 1978 roku dorabiał jako nocny stróż, a w dzień zajmował się synem. Po latach tak wspomina ten czas: „Uważam urlop macierzyński za najsensowniejsze lata mojego życia, naprawdę nigdy nie znalazłem w niczym więcej sensu. Opieka nad dzieckiem jest czymś niesłychanym i cieszę się, że miałem okazję doświadczać jej przez dwa i pół roku.” Aczkolwiek z lektury wynika, że lekko nie było.

Wszyscy mający dzieci wiedzą, że wychowywanie ich do rzeczy łatwych i prostych nie należy. A odpowiedzialności za latorośl nie da się chyba porównać z niczym innym. Gdy do tego dochodzą jeszcze tarcia na linii mąż-żona, przestaje być słodko i sielankowo. A taki właśnie jest początek opieki młodego ojca nad Pepinem. Bawią się, chodzą razem na spacery do parku, rozmawiają, ucinają drzemki, budują więź, zbliżają do siebie, ojciec dojrzewa do swej roli. To jest w tym wszystkim wartościowe, momentami wzruszające (np. gdy Sabach pisze jak „Dziecko niewiarygodnie pięknieje gdy śpi”) i po prostu piękne. Ale jest też druga strona medalu. Ta gorzka i trudna. Bo ojciec czuje, że nikt go nie rozumie, żona się od niego oddala, coraz bardziej podoba się mu jedna z mam poznanych w parku, nagle okazuje się że utrzymać się z jednej pensji jest ciężko, trzeba dorabiać jako nocny stróż, chodzi się permanentnie niewyspanym i zaczynają się dziwne myśli. Do czego to wszystko zmierza, nie napiszę – zwłaszcza, że końcówka jest dość zaskakująca - to trzeba przeczytać.



Zaznaczam też od razu, że nie jest to jakaś wielka proza. To rzecz głównie rozrywkowa, w sam raz na dwie godziny do pociągu. Bardzo sprawnie i lekko napisana. Przede wszystkim dowcipna, bo Sabach ma świetne poczucie humoru. Takie smaczki jak choćby fragment opowieści kiedy główny bohater wspomina gdy jako młody chłopak żegnał się z wujkiem u którego spędzał wakacje, a ponieważ często myliły mu się wyrazy i ich znaczenia powiedział do niego „Z Bogiem wieśniacki pedale!” na co wujek dał mu w gębę, a walizeczkę z napisem Karlove Vary wyrzucił za płot – bawią do łez. Ale trzeba również przyznać, że jest to opowieść nie pozbawiona pewnych ważnych życiowych mądrości, przyjemnej nostalgii i garści refleksji. Każdy przyszły, a także młody tatuś powinien tą książkę przeczytać. Chociaż ci z długim stażem też mogą, na pewno odnajdą tam siebie.

Literackie tropy: a jakoś nic mi do głowy nie przychodzi.

Inne tropy:
Trwa ładowanie komentarzy...