O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Buc z Rzymu w Alpach

…czyli pierwsza część kryminalnej serii z Rocco Schiavonem

Antonio Manzini – „Czarna trasa”



Wydawnictwo Muza, przełożył Paweł Bravo, 285 str.
Pierwsze zdanie: „Narciarze sobie poszli.”

Z lekturą „Czarnej trasy”, książki kompletnie nieznanego mi dotąd włoskiego autora, trafiłem po prostu w punkt. Nie tylko dlatego, że akcja toczy się w alpejskiej Dolinie Aosty i dotyczy tajemniczej śmierci mężczyzny, ukrytego w śniegu, na którego najechał ratrak, a ja zabrałem się za czytanie właśnie podczas wyjazdu w góry… na narty. I nie tylko dlatego, że okazała się ona stosunkowo nieskomplikowanym, acz bardzo solidnym kryminałem, który wciągnął mnie tak, że przeczytałem go w jeden dzień. Największym plusem tej książki okazał się główny bohater – wicekwestor Rocco Schiavone. To naprawdę świetnie skonstruowana, niejednoznaczna i porywająca postać. Choćby tylko dla niego warto przeczytać „Czarną trasę”.


Schiavone to totalny buc. Bezczelny i wulgarny cham. Gbur. Snob. Szowinista. Cynik. Arogant o niewyparzonej gębie. W dodatku brutalny sukinsyn i nieuczciwy glina. Nie stroni od nielegalnych przekrętów (zbiera kasę na dom w Prowansji), bije świadków (nawet tych Bogu ducha winnych), zdradza żonę (prostytutki i kochanka) i lubi palić skręty (bywa, że także w swoim biurze na komendzie). Antypatyczna postać, która – co niektórym może wydać się to dziwne – podobała mi się coraz bardziej z każdym kolejnym przeczytanym rozdziałem „Czarnej trasy”. Rocco jest bowiem totalnie inny niż przytłaczająca większość bohaterów kryminałów. Jest jakiś!

Pamiętać trzeba, że wykorzystanie w kryminale antybohatera nie jest czymś szczególnie odkrywczym. Przywołam tu postać równie antypatycznego Everta Bäckströma, którego stworzył i z powodzeniem poprowadził szwedzki mistrz kryminału Leif GW Persson. U Manziniego jednak postać Schiavone mimo wszystko da się lubić. To facet bezpośredni, ironiczny, momentami dowcipny, ale przede wszystkim inteligentny. I na swój ekscentryczny oraz skomplikowany sposób także… dość przyzwoity oraz charakterny.


Rocco to klasyczny rzymianin na zabój zakochany w Wiecznym Mieście. Nie wiadomo dokładnie, z jakiego powodu (tajemnica ta będzie pewnie odkrywana stopniowo w kolejnych częściach serii, których Manzini napisał już pięć) został zesłany do pracy w małym, alpejskim miasteczku na pograniczu Włoch i Francji. A Schiavone wprost nienawidzi zimy, równie mocno co gór i prowincji. I to właśnie wydaje się głównym motorem napędowym fabuły – zderzenie tego snobistycznego mieszczucha o monstrualnym ego z alpejsko-wiejskimi realiami małej społeczności.



Manzini ma lekkie pióro. Pisze potoczyście, prostymi zdaniami. Niezbyt skomplikowaną intrygę kryminalną przedstawia niespiesznie, oddając pole Schiavonemu i jego wariactwom (np. Rocco porównuje ludzi do zwierząt, które pamięta z encyklopedii, wraz z ich łacińskimi nazwami). Jest ona poprowadzona bardzo rzetelnie – od samego początku, po naprawdę dobry finał. „Czarna trasa” to kryminał w klasycznym stylu, bez żadnych udziwnień, sensacyjnych fajerwerków, brutalności czy galopującej akcji. Sporo tu za to dobrego humoru i finezyjnej ironii. Znajdziemy też trochę udanych porównań: „Kobiety opatulone w futra siedziały i czekały na swoje dzieci. Wyglądały jak żółwie z głowami prawie całkowicie pochowanymi w kudłate skorupy. Ich buty przypominały foksteriery owinięte wokół kostek”.

Całkiem dobrze skonstruowane są też dialogi.

„Rocco popatrzył na Itala.
– Potem musimy pogadać.
Italo kiwnął głową zmartwiony.
– Zrobiłem coś głupiego?
– Nie, musimy pogadać właśnie dlatego, że nie robisz głupot.
– Nie rozumiem.
– Nie możesz, bo nie wiesz, o czym mam z tobą do pogadania.
Luigi zainteresował się dialogiem policjantów.
– Teraz to i ja się zaciekawiłem – powiedział, zmieniając biegi.
– Pierdol się. Pilnuj, żeby to coś się nie wywaliło, i będzie dobrze – zgasił go Rocco”.


Do znudzenia powtarzam, że najbardziej cenię sobie te kryminały, którym poza dobrze zbudowaną i poprowadzoną intrygą oraz wyrazistym bohaterem, udaje się jeszcze dotknąć swą fabułą warstwy społecznej. Manzini i na tym polu daje sobie radę. Niezbyt nachalnie, ale za to celnie portretuje w tle współczesne Włochy. Nie tylko niechęć pomiędzy miastowymi a prowincjuszami czy Północą a Południem. Również problemy ekonomiczne tego kraju: „Bo ludzie nie mają grosza. Wszyscy wściekli, przyciśnięci długami”. Czy też specyfikę tamtejszych zależności i układów: „Wszyscy we Włoszech mają jakieś plecy”. Autor „Czarnej trasy” sięga nawet dalej – porusza tematy, które trapią nie tylko Włochów, lecz także większą część Europejczyków – wplatając do fabuły, zresztą bardzo udanie, ważny wątek uchodźców.

W kategorii rozrywka na poziomie, kryminał Manziniego jest naprawdę rzeczą z wysokiej półki i trudno mu cokolwiek zarzucić. Jeśli miałbym się jednak do czegoś doczepić (a wiadomo, że okazji nie odpuszczę), to - podobnie do Jacka Szczerby, który zwrócił na to uwagę w magazynie „Książki” - wyłącznie do nielicznych fragmentów pisanych kursywą. Autor stara się w nich przedstawić skryte myśli Schiavonego i ocieplić nieco jego wizerunek. Zupełnie niepotrzebnie. Ja polubiłem go i bez tego. Czekam z niecierpliwością na kolejne części serii.

Aktualnie czytam:
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...