O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Powrót do klasycznego noir

...czyli Philipe Marlowe nadal w formie

Benjamin Black – Czarnooka blondynka

Wydawnictwo Albatros, przełożył Paweł Lipszyc, 301 str.

Pierwsze zdanie: To było jedno z tych letnich wtorkowych popołudni, kiedy człowiek zastanawia się, czy ziemia przestała się obracać.

Z kontynuacjami kryminalno-sensacyjnych serii zmarłych autorów z reguły bywa raczej cieniutko. Nie sięgając daleko wstecz niech świadczy o tym choćby dalsza część trylogii Millenium Stiega Larrsona napisana nieudolnie przez niejakiego Davida Lagerkrantza. Oczywiście samego Raymonda Chandlera, klasyka czarnego kryminału, też starano się już podrabiać . Przyznaję, iż w tym ostatnim wypadku (powieści Roberta B. Parkera) nawet nie próbowałem sprawdzić jak to jest zmierzyć się z ideałem.


Czemu więc tym razem zrobiłem wyjątek i sięgnąłem po Czarnooką blondynkę, kontynuację losów Philipa Marlowe'a? Powód był tylko jeden, za to zasadniczy. Jeśli za wskrzeszenie postaci kultowego samotnego detektywa z Los Angeles wziął się John Banville, tu ukrywający się pod pseudonimem Benjamin Black, to po prostu musiałem to przeczytać. Cenię sobie bowiem bardzo prozę tegoż Irlandczyka. Jego wysmakowane i finezyjne Morze, Nieskończoności czy Prawo do światła, to po prostu mistrzowska literatura. Poza tym, z kryminałami Banville'owi jest przecież bardzo po drodze – od jakiegoś już czasu tworzy je właśnie pod pseudonimem Benjamin Black (w Polsce dotychczas ukazał się niestety tylko jeden - Tajemnica Christine Falls). Mamy więc, nie boję się użyć tego sformułowania, wybitnego pisarza i stylistę, który w dodatku ma smykałkę do kryminałów. To musiało się udać.

I udało się. Chcę jednak zaznaczyć, że nie jest to wybitna powieść, której można by przecież spodziewać się po Banville'u. To tylko, i aż, solidna rozrywkowa proza gatunkowa. Noir w czystej postaci. Choć raczej lekki i taki uroczo oldskulowy. Jeśli chodzi bowiem o samą zagadkę kryminalną, to przy tym co się wyprawia współcześnie w tym gatunku czy choćby u Jamesa Ellroya, innego wybitnego specjalisty od czarnego kryminału, zwykła walizka z podwójnym dnem brzmi jak twist wyciągnięty wprost z lamusa. Ale o to tu właśnie chodzi. O klasyczny kryminał z wyraźnym sznytem retro.




Banville'owi świetnie udaje się oddać styl i klimat prozy Chandlera. Mamy Los Angeles z całym charakterystycznym dla tamtych czasów (lata 50.) jego anturażem, od ulic i barów poprzez stroje po samochody. Jest piękna femme fatale – Clare Cavendish, która wynajmie Marlowa by odnalazł jej kochanka, a w której ten oczywiście się zadurzy. Przywoływana zostanie także postać, znanej z wcześniejszych książek Chandlera, Lindy Lorning, z którą Marlowe obecnie nie chce się związać. Będą szachy, brutalne bandziory, zgryźliwy policjant wspomagający naszego bohatera, rozmyślania o życiu, stopniowo odkrywana tajemnica i ten niepodrabialny klimat wszechogarniającego smutku.

Jest też coś więcej. Główny bohater to bowiem nie tylko ironiczno-cyniczny i uczciwy detektyw, ale także mężczyzna, który nie jest już aż tak twardy jak dotychczas. Zwłaszcza jeśli chodzi o uczucia. To uromantycznienie Marlowe'a, jak i pewne upoetycznienie całej fabuły, jednym może się spodobać, jednak innym, zwłaszcza ortodoksyjnym fanom, pewnie nie przypadnie do gustu. Dla mnie te dodatki to akurat całkiem nieszkodliwe, a często udane zabiegi.

Całość czytało mi się wybornie. Takie oryginalne metafory:

Z pobliskiej trawy wyskoczył świerszcz, jak klown wystrzelony z armaty.

Udane sarkastyczne dialogi:

- Musisz być bratem pani Cavendish – powiedziałem.
- Muszę? – Teatralnie otworzył szeroko oczy.
- W każdym razie musisz należeć do rodziny. Kim jesteś, rozpieszczonym synkiem mamusi czy czarną owcą?
- Nazywam się Edwards, Everett Edwards – oznajmił pogardliwie zadzierając nosa. – Tak się składa, że Everett Edwards Trzeci.
- Chcesz powiedzieć, że było was już dwóch?


A zwłaszcza na wskroś Chandlerowskie kawałki:

Rozmiar głowy Berniego zawsze mnie fascynował. Joe Green może miał sporą dyńkę, ale nie mogła się równać z tym, co nosił na szyi ten gość. Od oczu w górę było tej głowy naprawdę dużo. Wyobraźcie sobie dwa złączone wielkie bochny wiejskiego chleba, a będziecie mieli pojęcie o kształcie łepetyny Berniego. Ponadto, wyglądał tak, jakby ulepiono ją nie z ciasta, ale z lekko przypieczonej wołowiny, której następnie nadano jako taki kształt pałką.

Fajnie było się oderwać od współczesnych, napakowanych fajerwerkami kryminałów czy powieści sensacyjnych i przeczytać coś klasycznie oldskulowego, napisanego w bardzo dobrym stylu.

Aktualnie czytam:

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...