O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

4 x opowiadania cz.2

...czyli kończę przegląd krótkich form literackich I półrocza 2018 r.

Joanna Kocik, Karolina Deling - 5 minut, czyli 23 opowiadania dla zabieganych



Wydawnictwo Mamiko, 106 str.

Pierwsze zdanie: Został mu miesiąc.

Ten cieniutki zbiorek zawiera aż 23 opowiadania - zgodnie z ideą autorek oraz tytułem, prezentuje miniatury, na których czytanie poświęcimy maksymalnie 5 minut. Jak chyba powszechnie wiadomo, dobre opowiadanie napisać jest trudno, a dobre, krótkie i mocno skondensowane opowiadanie jeszcze trudniej. I tu leży pogrzebany przysłowiowy pies. Ale po kolei.
Tematycznie mamy tu sporą różnorodność. Trochę scenek rodzajowych (np. z autobusu czy osiedlowego sklepu), kilka historii, jak mi się wydaje, inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami (obie autorki to dziennikarki), nieco fantazji, szczypta futuryzmu, gdzieś tam odniesienia do sytuacji politycznej. Przeczytamy m.in. o morderstwie czy nieudanym samobójstwie, ale także o starości czy rozterkach związanych z kobiecością.
Ponieważ pod 5 minutami podpisały się dwie autorki, mamy w ramach tej różnorodności tematycznej teksty przygotowane także w dwóch odmiennych stylach. Te Joanny Kocik, oparte często na dialogach i języku mówionym, do którego autorka ma nawet niezłe ucho, są też jednak nieco przewidywalne i płaskie – nie znajduję w nich raczej nic więcej poza samą opowieścią. Bywają też efekciarskie. Mnie nie przekonują.
Ciekawiej już pisze Karolina Deling, która przede wszystkim koncentruje się na swoich bohaterach, a raczej bohaterkach - jej historie są przecież mocno kobiece. Próbuje chociaż zarysować psychologię postaci, budować jakiś klimat opowieści, ma też całkiem niezłe pomysły fabularne. Jej teksty bardziej do mnie przemawiają. Spodobało mi się także pierwsze zdanie z opowiadania Krowy nie jedzą rumianku jej autorstwa: Gdybym była starą kurwą, chciałabym tu zamieszkać – pomyślałam, bo stał przede mną i kusił.
Reasumując, nie przeczytałem w tym zbiorze opowiadania, o którym mógłbym napisać, że zrobiło na mnie duże wrażenie, czy takiego, w którym np. zaskoczyła mnie puenta. 5 minut to przyzwoity, lekki i rzeczywiście szybko czytający się tomik jednak pozbawiony błysku.



Pierre J. Mejlak – Co pozwala powiedzieć noc



Książkowe Klimaty, z angielskiego przełożył Krzysztof Szczurek, 192 str.

Pierwsze zdanie: Po pogrzebie zaprosiła do domu kilkoro przyjaciół.

Znacie jakiegoś pisarza pochodzącego z Malty? Nie? Nie dziwię się. Do niedawna też nie potrafiłem wymienić żadnego. Mejlak, autor niewielkiego zbioru Co pozwala powiedzieć noc, pochodzi właśnie z tego malutkiego wyspiarskiego państewka. Facet pisze bardzo uniwersalnie historie. Skupia się w nich na życiu. A dokładniej na jego trochę nietypowych czy nieco absurdalnych odsłonach. Trzeba jednak od razu zaznaczyć, że to co się przytrafia bohaterom jego opowiadań nie jest znowu czymś niezwykłym. W świetnym tekście pt. Wrona, ptak ów wpada do komina piecyka gazowego, co jak się okaże będzie miało wielki wpływ na pewną młodą parę. Z kolei w opowiadaniu pt. Twoje ostatnie lato, siostrzyczko, które ma niesamowity, lekko pokręcony klimat, narratorem jest chłopiec zbierający zużyte zapałki. W innym - skądinąd bardzo zabawnym tekście - pt. Cudzoziemka, biskupowi mieszkającemu w urokliwej willi, seksowna sąsiadka niszczy widok na kopułę kościoła sadząc na swoim terenie strzeliste cyprysy.
Każda z tego typu sytuacji wymyślonych przez autora dowodzi z jednej strony, iż codzienne, zwykłe życie potrafi być często zaskakująco barwne. Z drugiej, ukazuje bohaterów przyjmujących wobec tego co przynosi im los przeróżne postawy. I właśnie to w jaki sposób reagują (lub nie) zwykli ludzie, jak kierują swoim życiem, jak stawiają czoła niespodziewanym czy trudnym sytuacjom, wydaje się interesować Mejlaka najbardziej. W tej pozornej banalności i oczywistości znaleźć można również sporo mądrych spostrzeżeń.
Całość natomiast napisana jest prosto, lekko i w nieco dowcipnym tonie. Niewątpliwie, dużym atutem tych tekstów są także zazwyczaj bardzo dobre i zaskakujące puenty. Fajna lektura.


Ivana Myšková – Białe zwierzęta są bardzo często głuche



Wydawnictwo Dowody Na Istnienie, przełożyła Elżbieta Zimna, 180 str.

Pierwsze zdanie: Nie chodź po mieszkaniu naga, powiedziała do siebie Sonia i uśmiechnęła się na wspomnienie Jana, który z obawą spoglądał na kwadraty czarnych okien i po dżentelmeńsku nadstawiał jej szlafrok.

Tomik opowiadań Myškovej, choć zupełnie inny, napisany odmiennym stylem i mający większy ciężar gatunkowy, łączy mi się w pewnym stopniu z opisywanym wyżej zbiorkiem Mejlaka. Czeska autorka bowiem, podobnie do maltańskiego kolegi po piórze, również zestawia w swych tekstach codzienne życie z dziwnością i absurdem. Tyle tylko, że u Myškovej wszystko jest bardziej.
To co u Mejlaka było zwyczajne, u Czeszki jest nadzwyczajne. Więcej tu zatem nie tylko absurdu i groteski, ale także iście sfiksowanych, odjechanych fantazji. Białe zwierzęta... także jak Co pozwala powiedzieć noc, są zbiorkiem, w którym główny nacisk położony został na człowieka i jego reakcje na to co się wokół niego dzieje, ale Myšková zgłębia ten temat jeszcze mocniej. Okazuje się bowiem, że gdzieś tam pod kolejną odkrytą nagle warstwą psychologiczną spowijającą bohaterów tych tekstów, skrywają się jakieś neurozy, patologie, dziwactwa czy udręki. Dodatkowo jeszcze zaserwowane samemu sobie. Jest to więc proza jednocześnie zabawna, nieco szalona i mroczna, ale także na swój sposób mądra i pożyteczna, bo starająca się wytłumaczyć te wszystkie przytrafiające się egzystencjalne odpały.


Tu pozwolę sobie zacytować fragment, który można odnieść do wielu dziedzin życia:

Ludzie już się nawet nie gapią, są letni i rzeczowi. Wszystko, o czym mogliby zamarzyć, jest na wyciągnięcie ręki, więc wyciągają tę rękę bez emocji. Wyciągają tak samo rękę po siebie nawzajem, rzeczowo, i traktując to jako oczywistość. Już nie ma żadnych zalotów, gry, tylko nasycanie się, zaspokajanie. A już w ogóle nie ma żadnej ciekawości.

Co ważne, cały zbiór prezentuje równy, dobry poziom i ciężko jest wyróżnić szczególnie jakieś opowiadania. Ale jeśli już, to postawiłbym chyba na tekst pt. Zapach domu, w którym główne role dramatu grają ona, on, dzieci, teściowa i stary pies. Kapitalna, wielowymiarowa zabawno-smutna historia. Co do stylu, to Myšková pisze nieskomplikowanym, subtelnym, ale momentami również barwnym językiem, w którym znaleźć można choćby niezłe metafory. I mimo nieoczywistej czy też niełatwej tematyki, lekko się tę książkę czyta. Warto.


Rafał Wojasiński – Olanda



Wydawnictwo Nisza, 120 str.

Pierwsze zdanie: Dobrze, że już otworzyłaś sklep.

Rafał Wojasiński to dramaturg i autor kilku już książek, ale przyznam szczerze, że Olanda to mój pierwszy kontakt z jego twórczością. Zdecydowałem się nań mając w pamięci poprzednie dobre i ciekawe tomy opowiadań w serii Opowiadaj dalej... Wydawnictwa Nisza. I trzeba przyznać, że autor podtrzymuje jej dobrą passę.
Tomik tworzy siedem powiązanych ze sobą opowiadań – pierwsze tytułowe jest zarazem najdłuższym i najważniejszym w całym zbiorze. Pozostałe, dużo krótsze, są jego istotnym uzupełnieniem. Rzecz dzieje się na prowincji. Narratorem głównego story jest starszy pan Marek, który przesiaduje w sklepie Oli – jego miłości, zwanej właśnie Olandą - i nieustannie gada. A gada, najprościej rzecz ujmując, o życiu. Serwuje „stare prawdy i mądrości o człowieku”, bo tylko to mu pozostało. Zgłębia pojmowanie istnienia i jego sensu, bo „życie znaczy więcej niż opowiedzenie życia”. Zajmuje się tym co najistotniejsze – filozofią egzystencjalną, miłością, metafizyką, religią, lękiem przed pustką i oczywiście śmiercią, która jest wśród tych tematów tym chyba najistotniejszym.
I trzeba zaznaczyć, że robi to w sposób niezwykle interesujący. Prosty, ale za tymi pozornie banalnymi treściami - z którymi można się oczywiście zgadzać lub nie - czai się wygenerowany gdzieś poza samą książką, wewnętrzny przymus przemyślenia jednak tego wszystkiego. Przetrawienia tych intrygujących spostrzeżeń w sobie. Ba, zaryzykuję opinię, że jest to książka, po lekturze której można nawet przewartościować sposób patrzenia na byt i istnienie. To nieustanne gadanie jest po prostu po coś. Nie są to więc opowiadania dla samych opowieści. Dodam jeszcze, że to także lektura do wielokrotnego użytku. Sam niektóre fragmenty czytałem dwukrotnie, a nie wykluczam, że do Olandy będę jeszcze zaglądał.
Znaleźć tu można świetne pojedyncze zdania jak np. Nie pamiętam smutku w sobie, bo ostatnio mnie nie ogarnia, jakbym odkrył całą radość i niczego już nie potrzebował. Ale także całe dłuższe fragmenty. Kapitalne są też te opowiadania krótsze, jak wstrząsająca Pustka czy Niebo dla Meli z fantastyczną, wzruszającą puentą. Trzeba również dodać, że poza gadułą ze sklepu, równie ważni i interesujący są też liczni bohaterowie drugoplanowi, jak choćby Waldek ze Świerszczem w głowie, Dziad Kalina czy grabarz Stanisław Hiacynt.
Olanda jest też bardzo dobrze napisana, językiem głównie prostym (króciutkie zdania), a jednocześnie poetyckim, zawierającym ciekawe i oryginalne porównania. To proza dotkliwa, mocno dająca do myślenia, ale także, momentami, gdy autor wplata w nią absurd i groteskę, zwyczajnie zabawna. W trakcie lektury kojarzyła mi się trochę ze stylem pisania nieodżałowanego Macieja Malickiego. Podobny rodzaj wrażliwości i zmysł obserwacyjny.
Zalecam, choć zaznaczam też, że nie jest to łatwa lektura.

A ponieważ pół roku 2018 już za nami, w kolejnym wpisie, tradycyjnie już podam dziesiątkę książek, które zrobiły na mnie największe wrażenie w minionych sześciu miesiącach.

Obecnie czytam:

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...