O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Niebanalne historie miłosne

... czyli zaskakująco dobry debiut

Wojciech Pieniążek – To, co zostaje



Wydawnictwo JanKa, 241 str.

Pierwsze zdanie: To, co się dzieje – musiało się wydarzyć.

Nie oceniaj książki po okładce – brzmi znane powiedzenie. Trzeba mieć nadzieję, że czytelnicy się do niego stosują, bo jeśli nie, przez ten doprawdy fatalny projekt graficzny może ominąć ich lektura interesującego i udanego debiutu. Dodam jeszcze, że późnego - Wojciech Pieniążek reprezentuje bowiem rocznik 1962.
Ta dojrzałość autora jest odczuwalna już od pierwszych stron bardzo dobrego opowiadania Porucznik Golicyn (poza nim książkę tworzy jeszcze dłuższa nowela pt. Pompes Funèbres). Niby debiutant ale jakim dobrym stylem operujący! Precyzyjny, poetycki oraz elegancki język Pieniążka skrzy się od ciekawych, a niejednokrotnie nawet zaskakujących porównań i metafor:


(…) wieża drugiego z czołgów oznaczonych czerwoną gwiazdą uniosła się i odfrunęła kilka metrów do tyłu, jak kapelusz zerwany przez wiatr z głowy przechodnia.

Do tego mamy także ładne opisy przyrody:

Z wyspy jednak widać, jak słońce, które o tej porze roku wschodzi niemal w osi rzeki, przemienia ołowianą wodę przedświtu w skrzącą się od różów i czerwieni skórę egzotycznego węża. Prąd niesie ku mnie pojedyncze liście, ułamane kawałki trzcin, gałęzie, te w wirach i na cofkach łączą się ze sobą w żółte, splamione ugrem płaszczyzny, układają we wzór za każdym razem niepowtarzalny, jak w kalejdoskopie, pojawiają się i rozpadają w nowe z każdą sekundą konfiguracji.

Autor bardzo umiejętnie prowadzi też w tym opowiadaniu narrację, przedstawiając zdarzenia z kilku perspektyw. Bohaterami są: proboszcz, jego brat z żoną oraz sowiecki porucznik. Mamy bowiem jesień 1944 r. w małym miasteczku na Podlasiu. We wspomnianą trójkę, połączoną więzami rodzinnymi, wnika ów wojskowy, który niejako rozsadza ją od środka jeszcze bardziej komplikując wzajemne relacje. Kładzie także „tamę w poprzek czasu”, która wcześniej czy później musi się przerwać.




Porucznik Golicyn to niebanalna historia miłosna, w której bardziej niż na samych uczuciach i namiętnościach autor skupia się na problemach egzystencjalnych, niespełnieniu, utracie oraz nieuchronnej klęsce. Świetnie buduje także melancholijno-smutny klimat opowieści, stylizując ją jednocześnie na kształt klasycznego, gustownego pisania spod znaku Jarosława Iwaszkiewicza czy Eustachego Rylskiego. I to nie są przesadzone porównania. Pieniążek naprawdę potrafi pięknie pisać. Dodam jeszcze, że także inteligentnie. Jest to bowiem proza wyszukana, mocno dygresyjna i erudycyjna. Bardzo często nawiązująca do literatury, filozofii, muzyki i popkultury. Ta dbałość o spory ciężar intelektualny treści sprawdza się w pierwszym opowiadaniu, do którego nie mam absolutnie żadnych zarzutów. Ba, podobało mi się ono tak bardzo, że przeczytałem je dwukrotnie.

Nieco inaczej sprawy mają się za to z nowelą Pompes Funèbres. Ta współczesna już historia, umiejscowiona głównie w Paryżu, zaprezentowana została w formie monologu jakiego udziela mężczyzna - intelektualista, artysta, dyrektor agencji reklamowej oraz, jak sam o sobie mówi, „aluzyjny iluzjonista, żongler wątków, treser mitologicznej menażerii czy stylista celebrytów literatury” - składający jednocześnie zeznania przed panią prokurator. Wspomina w nich związek z przedsiębiorczą prostytutką, który, w wyniku silnego zauroczenia, okazał się dlań brzemienny w skutkach.

A w naszym romansie, owszem, była i eksplozja, bo jakże by miało być inaczej, skoro tak zaiskrzyło od początku. I jak to z eksplozjami bywa, trwała krótko, by pozostawić po sobie dym i zgliszcza, w których przez następne lata przyszło nam się grzebać.

To również jest przede wszystkim opowieść miłosna – tyle, że autorefleksyjna - w której chodzi m.in. o to aby pokazać jak duży wpływ może mieć kobieta na mężczyznę, jak może doprowadzić go do upadku na kilku poziomach, od emocjonalnego poczynając. I ta historia też jest ciekawa. Tyle tylko, że autor ciut w niej przedobrzył. Ten miejscami dosadny i mocno ironiczny (co akurat jest fajne) słowotok bohatera, w dużej mierze jest bowiem nieustającą lawiną odwołań do kultury francuskiej, co z kolejnymi stronami zaczyna niestety trochę uwierać. Tych dygresji jest tu po prostu za dużo, a część z nich wydaje się być niepotrzebna. Od przybytku głowa nie boli – inne popularne powiedzenie - w literaturze zazwyczaj zastosowania nie ma. Co nie zmienia faktu, że jest to książka warta polecenia i na pewno będąca jednym z najciekawszych debiutów tego roku.

Obecnie czytam:

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...