O autorze
Rocznik 76. Z wykształcenia dziennikarz. Z zamiłowania, od ponad 10 już lat, bloger. Fan muzyki i literatury. Czyta ok. 100 książek rocznie. Znaki szczególne: nie czyta e-booków, nie podkreśla, nie odkłada książek grzbietem do góry, używa zakładek. Prawdopodobnie bibliofil-fetyszysta. Na pewno fanatyk opowiadań. Zawodowo redaktor naczelny w jednym z czasopism logistycznych. Prywatnie ojciec parki urwisów. Mieszka w Warszawie.

Książka, która ma boleć

... czyli o kryzysie uchodźców z zupełnie innej strony

Hakan Gűnday – Jeszcze



Wydawnictwo Sonia Draga, przełożyła Dorota Haftka-Işik, 414 str.

Pierwsze zdanie: Gdyby mój ojciec nie był mordercą, nie przyszedłbym na świat...

To mocne i intrygujące zdanie otwierające powieść młodego, tureckiego pisarza, wydaje się być swego rodzaju ostrzeżeniem dla czytelnika, że czeka go spotkanie z książką szczególną. I tak rzeczywiście jest. Póki co nie widzę w tym roku innej lektury, która przebiłaby Jeszcze jeśli chodzi o ładunek emocjonalny jaki może nieść ze sobą literatura. Niestety, mam tu na myśli głównie przerażenie.


Narratorem powieści jest chłopiec o imieniu Gaza. Poznajemy go gdy ma 9 lat i pomaga ojcu przy przemycie nielegalnych imigrantów. Ci przewożeni są w ciężarówce przez Turcję w pobliże Morza Egejskiego, by tam po kilkudniowym (lub kilkutygodniowym) oczekiwaniu w specjalnym podziemnym zbiorniku, ruszyć dalej na łodziach do Grecji. Gaza - czytający książki i grający w szachy, dobry uczeń - coraz więcej czasu poświęca pracy przy biznesie ojca.

Ender (kolega Gazy ze szkoły) nie miał żadnych zajęć! Jedynym jego obowiązkiem było odrabianie lekcji, objadanie się kotlecikami jego matki i może jeszcze chodzenie na kurs koraniczny. Ja harowałem jak osioł! Zbierałem reklamówki, do których srali uchodźcy, i zakopywałem ich gówno na tyłach magazynu, chodziłem do wszystkich marketów w miasteczku i kupowałem po dwie butelki wody i trzy chleby, ponieważ hurtowe zakupy mogłyby przyciągnąć czyjąś uwagę, opróżniałem kanistry, do których sikali, latałem od apteki do apteki, bo ciągle chorowali. Nie miałem chwili wytchnienia. Tylko dlatego, że jacyś ludzie wpadli na pomysł, żeby przedostać się z kraju do kraju, ja padałem na pysk!


Chłopak, wychowywany samotnie przez okrutnego ojca, który lubi się nad nim znęcać, mówi o nim tak: Był jak prymitywne zwierzęta, które wyczuwały zapach trzęsienia ziemi. Zaraz za jego martwymi niebieskimi oczami znajdował się radar nakierowany na mój świat wewnętrzny. Ojciec był bronią wyprodukowaną tylko po to, żeby mnie zniszczyć.

Gaza nie ma żadnych innych wzorców poza zdegenerowanymi moralnie mężczyznami, takimi jak choćby jego dwaj „idole”, transportujący statkami uchodźców, kapitanowie Harmin i Dordor. Autor pokazuje jak wychowanie „wśród wilków” zmienia chłopca w postać, która w wieku czternastu potrafi powiedzieć o sobie: Wystarczyło pięć lat, żebym przeobraził się w budzącą postrach kreaturę.

Gaza przypadkowo zabija człowieka - zapomina włączyć klimatyzację w ciężarówce, na pace której siedzi jeden z imigrantów, Afgańczyk Cuma. Dodajmy, bo to istotne, że była to jedna z nielicznych osób, zwyczajnie dla chłopca miła. Cuma podarował mu własnoręcznie zrobioną papierową żabę, która będzie dla niego swoistym talizmanem.
Chłopak staje się szybko okrutny niczym ojciec, podobnie do niego bezwzględny i cyniczny. Kpi sobie z nadziei i marzeń uchodźców. Obdziera ich z resztek złudzeń.

Na twojej ulicy toczy się wojna, co? Przed twoim domem ludzie mordują się wzajemnie? To idź, wynoś się i walcz. Zgiń, odnieś rany, zostań kaleką! W waszym regionie panuje głód? Zrób sobie dziecko i je zjedz! Albo zeżryj siebie! Ale nie rozpierdalaj mi życia tylko dlatego, że chcesz się dostać na drugi koniec świata! Poza tym co z tego, że się tam dostaniesz? Wyruchają cię do szpiku kości! No bo czego się spodziewasz? Wydaje ci się, że ludzie czekają tam na ciebie z rozpostartymi ramionami? Ty idioto! Nie rozumiesz, że tam, dokąd zmierzasz, nic nie jesteś wart? Zupełnie nic!



Podczas nieobecności ojca Gaza przejmuje kontrolę nad betonowym zbiornikiem, będącym „mauzoleum okropności” i zaczyna przeprowadzać eksperymenty psychologiczno-socjologiczne, okrutnie bawiąc się i manipulując stłoczonymi w nim ludźmi. Dopuszcza się gwałtów. I na tym jeszcze nie koniec.

Tak, to nie jest książka dla ludzi o słabych nerwach. Gűnday przy pomocy prostego języka (w końcu narratorem jest młody chłopiec) w sposób świadomy i bezwzględny przybliża codzienne piekło imigrantów. Oddaje nie tylko beznadziejną sytuację w poszczególnych etapach ich daremnych odysei, ale wskazuje też jakim przeobrażeniom uległ z czasem sam mechanizm związany z przemytem.

Miejsce tych, którzy snuli marzenia o wolności w kraju, do którego się udawali, zajęli ci, którzy godzili się na dziesiątki lat przymusowego zatrudnienia tylko po to, żeby móc wysłać swoim rodzinom uzbierane przez rok pieniądze na krowę. Połowa z nich wyruszała z pełną tego świadomością, połowie jednak zdawało się, że jedzie, aby odebrać należną sobie część światowego dobrobytu. Nielegalny przewóz uchodźców przemienił się już w prawdziwy handel niewolnikami. Jeśli spojrzeć na techniki stosowane w sektorze, przemoc górowała niczym słońce.

Jeszcze - przekonująco przedstawiająca przemianę człowieka, jego postępujące odhumanizowanie i narastającą zdolność do czynienia zła - to także powieść w pewnym stopniu (psychologicznym) bliska dziełom Dostojewskiego. Ukazuje, iż cierpienie może deprawować i prowadzić do nihilizmu. Na pewno natomiast rosyjski klasyk nie był nigdy nawet w ćwierci tak brutalny jak Gűnday. Ta powieść jest przecież pełna wszelakiego zepsucia jakie można sobie tylko wyobrazić – znajdziemy tu praktycznie wszystko co najgorsze, nawet nekrofilię.

Nie napiszę dokładnie który (nie chcę spojlerować) ale jest w Jeszcze pewien fragment, przy którym wydało mi się nawet, że Turek nieco przeszarżował. Można więc zastanawiać się czy użycie tych wszystkich bezeceństw jest uzasadnione? Po zakończeniu lektury stwierdziłem, że mimo wszystko tak. To nie jest żaden tani chwyt, który ma przyciągnąć do lektury na zasadzie taniej kontrowersji. To wszystko jest tu po to, żeby nami porządnie wstrząsnąć. Żeby dać do myślenia. Żebyśmy wreszcie przejrzeli na oczy. Ta książka ma boleć. I boli.

Bardzo ciekawa jest też forma Jeszcze. Powieść podzielona została na cztery części odnoszące się do głównych technik w malarstwie renesansowym, co ma pomóc w lepszym zrozumieniu historii chłopca „przechodzącego z jasności w ciemność”. Dodatkowo mamy w niej fragmenty zapisane w dość oryginalnym układzie np. dialog dzielący kartkę w pionie na pół czy też pseudonaukowy szkic artykułu Gazy (przypominający maszynopis z odręcznymi poprawkami) dotyczący jego zbiornikowych obserwacji. Kapitalnym zabiegiem są również wyodrębnione, przewijające się do samego finału wewnętrzne, schizofreniczne rozmowy Gazy z Cumą. Tym od żaby origami.

Na sam koniec jeszcze jedno. Czemu ta książka nosi tytuł Jeszcze? Jest to jedno z niewielu słów w języku tureckim, które uchodźcy znają i najczęściej używają. Chcą bowiem jeszcze trochę wody, jeszcze więcej jedzenia. Poza tym po turecku jeszcze to daha. Słowo to czytane od tyłu daje ahad. A tak ma na imię okrutny ojciec Gazy.

Szorstką, niewygodną, a czasami nawet brutalną – taką też powinna czasami bywać literatura. Zwłaszcza jeśli do tego jest jeszcze wartościowa. A Jeszcze taka jest. Poza tym bardzo trudna, niepokojąca, obrzydliwa, perwersyjna i szokująca. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. I nie chce mi wyjść z głowy.

Obecnie czytam:

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...